— No dobrze, idź już.
— Albo co?
— Ja zostanę sam.
— Zachwycająca naiwność! Cóż tam może być bez ciebie?
— Ach, nie nudź.
Brochwicz chwycił Waldemara za ramię.
— Waldy, słuchaj, jeśli mnie kochasz i chcesz udelektować Barskiego, to właśnie wracaj. Nie rób sobie z niego nic, ale to nic na owinięcie palca, to będzie najlepsza kara dla tego mamuta. Nie wiem, czym ci dokuczył, i w ogóle dziwię się, że to zrobił, bo diablo podkopał szanse swej córki, nawet w zwykłych warunkach niekiełkujące pomyślnie. Ale nie poznaję ciebie, Waldy! Dawniej sam pokazałbyś plecy Barskiemu. Z twej irytacji wnoszę, że zaszło coś ważnego.
— Masz słuszność! Ten stary szyld wyimaginowanej wielkości staje się tak świetny, że aż głupi, i tym zirytował mnie.
— Waldy! Waldy! Że on ma więcej barw w ustach niż w głowie, to o tym nawet wrony kraczą. Nie ma się czym przejmować.
Waldemar uśmiechnął się.