— No widzisz! I ty chcesz, abym wszedł w związki z takim utytułowanym zacofańcem? Choćby mi ciocia księżna nie dała miliona, a Barska sama się oświadczyła, jeszcze bym nie chciał. Wstydziłbym się takiego teścia. My z tobą, Waldy, jesteśmy ludzie innej rasy.
— A przynajmniej innych poglądów — rzekł Waldemar.
Powrócili do towarzystwa w samą porę. Nadjechał drugi brek pełen pań i amerykan.
Śniadanie przeszło wesoło, ale trwało niedługo, bo Waldemar spieszył.
Powstał projekt, że każda z pań wybierze sobie towarzysza na stanowisko. Do Waldemara podbiegła żywo rozpromieniona hrabina Wizembergowa. Skłonił się jej z wdzięcznością, zadowolony, że wyprzedziła hrabiankę Melanię, niedwuznacznie obiecującą mu ten zaszczyt przy śniadaniu. Waldemar, pod rękę z hrabiną, niepokoił się o Stefcię. Razem z Lucią stała na uboczu, mierząc z floweru do wielkiej sosny. W gronie panów Barski coś spiskował, pewno nic dobrego dla Stefci. Niepokój Waldemara zwrócił uwagę hrabiny.
— Monsieur, vous me troublez!337 Wydaje się pan niezadowolony z mego towarzystwa.
— Przeciwnie, pani, jestem zachwycony. Lecz nie wszyscy mają pary, idzie trochę marudnie.
Hrabina bystro spojrzała na ordynata i pobiegła oczyma w ślad za jego wzrokiem.
— Ach, rozumiem! Lucia i panna Stefania nie mają pary. Czemuż same nie wybierają? Z pewnością wielu na to czeka. Mrugnę na Żnina, będzie mi wdzięczny.
Waldemar wesoło pocałował w rękę piękną panią.