Hrabianka mówiła:
— Śliczne są Głębowicze! Nawet sobie nie wyobrażałam, że tak piękne. Mieszka pan jak w raju. Czy to daje panu wielką dozę szczęścia? — spytała, zaglądając mu w oczy.
— To zależy, jak kto rozumie szczęście. Ja Głębowicze kocham nie za ich przepych, lecz że są moje. To moja gleba, mój teren pracy, który chcę doprowadzić do możliwej doskonałości.
— I pan potrafi. Dekoracje wspaniałe! Ma pan kobiecą rękę i gust w urządzeniu rezydencji.
Waldemar spojrzał na nią niecierpliwie.
— Och, nie mówiłem o dekoracjach. W tym nie ma mej pracy. To są jeszcze pamiątki gustu babki Gabrieli. Ja jedynie dbam o zachowanie tych zabytków. Babka chciała z Głębowicz zrobić drugi Wersal, pielęgnuję więc jej dzieło, nie żałując wkładów.
— Tak, kobiety mają zwykle większy pociąg i zdolność do tworzenia arcydzieł efektu. Pańska żona jednak nie będzie miała pola do samodzielnych występów, gdyż wszystko, co wymarzone, już jest. Chyba zapragnie zmian...
Waldemar uśmiechnął się. Odgadł intencje hrabianki: wyciągano go na oświadczyny.
— Jak niektóre kobiety są płaskie! — pomyślał.
Hrabianka spojrzała na niego z umizgiem.