Waldemar, idąc za nią, myślał:

— Już cię teraz zanadto czczę, abyś się mnie obawiać miała.

W korytarzu stanęli przed obrazem.

Waldemar wskazał Stefci postać Magdaleny.

— Przed chwilą przyglądałem się jej, myśląc o pani... Ogromnie podobna. Trzebaż trafu, że bezpośrednio potem ujrzałem panią, nawet w podobnym stroju.

Stefcia szepnęła jakby do siebie:

— Czy ja jestem taka... ładna?...

Ordynat przysunął się bliżej i pochylił.

— Ładniejsza! Boś żywa, a ta martwa... bo ta spłowiała, a pani... kwitnie.

Stefcia oddychała szybko, poruszona brzmieniem jego głosu. On mówił dalej: