— Straszny! — rzekła Stefcia w zamyśleniu. — Ale takie natury zwyciężają, chociaż... po największych zwycięstwach następuje... Waterloo351.

Brwi Waldemara ściągnęły się groźnie, w oczach zatlił ponury cień.

— Dziwnie mi pani dziś przepowiada. Moje Waterloo nastąpić może... nie jestem pyszny, ale wątpię, czy w otwartej walce z ludźmi. Chyba zgniecie mnie potęga, z jaką walka jest ponad siły ludzkie. Co jednak wpłynęło na tak smutne myśli u pani, wolno wiedzieć?

Stefcia wysunęła się na środek korytarza i robiąc ręką ruch okrągły, jakby ogarniający cały zamek, powiedziała bez uśmiechu:

— Te mury i tradycja ich.

Pobiegła naprzód kilka kroków, po czym odwróciła się i zarumieniona wyciągnęła do Waldemara rękę:

— Jeśli zrobiłam panu przykrość, przepraszam.

Zatrzymał drobną jej dłoń w swojej i rzekł poważnie:

— Tradycja jest smutna, ale może ja będę orłem, który ją rozjaśni?...

— Daj Boże! Pragnęłabym tego dla pana. Ale teraz... chodźmy już. Wielki czas.