— Wróci pan... słabszy.
— Przeciwnie, silniejszy.
— I nie połamie pan skrzydeł?
— Będę o nie walczył.
— I wróci pan bez kajdan?
— Może z berłem w szponach, z berłem szczęścia, które wydrę światu...
Podniosła na niego ciemne źrenice. On patrzał na nią poważny, z fałdą na czole i odrobiną smutku w zagięciu ust.
Chwilę milczeli. Stefcia oparła się o mur i rzekła śmiało:
— Ma pan wolę i siłę hetmańską, ale czy to wystarczy?...
— Mam prócz tego nadzieję i ostre szpony, którymi w walce o swój byt duchowy potrafię rozkrwawić. Albo zginę, albo wydrę światu owo berło i skończę Austerlitzem350. Jestem dziki!