— Ale...
— Żadne ale. Cały zamek w uśpieniu, jakby wymarł. Cóż pani będzie robiła sama? Do parku iść nie można, bo deszcz pada, chociaż słońce świeci. O, widzi pani?
Przez wysokie, wąskie okno w niszy wskazał jej błękitne niebo, splamione szarymi obłokami. Padał obfity, kroplisty deszcz, bijąc o szyby i spływając po nich strumieniami jak łzy. Przyćmiony korytarz i to wąskie okno, zalane deszczem, w ciszy potężnych murów czyniło ponure, wrażenie, trochę klasztorne i ciężkie. Mury te wydały się Stefci klatką, ogromnym pomnikiem, przygniatającym wielką przeszłość ludzką, ale niewesołą; skałą, z której wyfruwają młode orły, pełne życia, z szerokimi skrzydłami i silnym lotem, a wracają poranione, dźwigając kajdany, nałożone przez życie, jakby tradycję tych murów.
Dziwna ta myśl przejęła Stefcię grozą. Spod zsuniętych brwi spojrzała ostro na Waldemara.
— Co pani myśli? — zapytał cicho. — Coś niemiłego?
Skinęła głową.
— Ten zamek — to skała, a pan — młody orzeł... i już pan wyfrunął z gniazda, prawda? — rzekła dziwnym głosem.
Patrzał na nią uważnie.
— Wyfrunąłem, ale wrócę.
Dziewczyna spuściła oczy.