Trochę niecierpliwie spojrzał na ciotkę i szybko wpadł na górę. W roztargnieniu nie zauważył niepokoju pana Macieja.

— Zapytaj Stefci, jak z domu jej babka... Prędzej!...

— Co się stało?

— Prędzej!

Waldemar wybiegł z powrotem. Stefcię zastał na ganku. Lokaj otwierał karetę na saniach. Noc była jasna, księżycowa, skrząca od mrozu i śniegu. Konie parskały, słupy skrzepłej pary wychodziły z ich nozdrzy. Na koźle siedział Benedykt i lokaj kareciany z Głębowicz. Ordynat umieścił Stefcię w karecie. Sam otulał jej nogi wilczurą.

— Przepraszam. Jak nazywała się babka pani?

Stefcia spojrzała zdziwiona.

— Rembowska.

— To wiem, ale z domu?

— Stefania Korwiczówna.