Michorowski wstrząsnął się. Krew uderzyła mu do głowy.
— Co panu jest? — spytała przerażona Stefcia.
— Nic, nic! Do widzenia! Niech pani oszczędza się i... jak najprędzej do nas wraca. Czy dobrze?...
Stefcię chwycił płacz.
— Nie wiem — wyjąknęła.
— Proszę o to bardzo.
Ucałował gorączkowo jej ręce i zatrzasnął drzwi.
— Benedykt, uważnie jechać. Wawrzyniec niech na dworcu wszystko pani ułatwi — krzyknął.
Niecierpliwe konie ruszyły z miejsca.
Waldemar patrzał za oddalającą się karetą, po czym odwrócił głowę w stronę, gdzie stały inne sanki.