Dziki, gwałtowny szał radości zawrzał w nim. Ordynat zadzwonił gorączkowo.
— Kto przyniósł ten list? — spytał służącego nienaturalnym głosem.
— Paweł, stajenny ze Słodkowic, przed kwadransem. Nie śmiałem przeszkadzać jaśnie panu, położyłem na biurku.
— To źle. Czasem list jest pilny. Czy posłaniec czeka?
— Już pojechał. Śpieszył bardzo. Panienka nie kazała czekać na odpowiedź.
— Możesz odejść.
Andrzej ruszył do drzwi.
— Zaczekaj... Która godzina? — zawołał Waldemar, patrząc jednocześnie na zegarek.
— Pół do ósmej.
— Dobrze! Niech natychmiast Brunon zaprzęga siwe ogiery do większej karety na saniach. Jur na koźle. Przygotować dla mnie wszystko na dobę.