Andrzej wypadł z gabinetu. Odczuł w głosie swego pana jakieś tony, które go zastanowiły i zatrwożyły.

— Czy się tam co stało, czy pan ordynat chory? — myślał, biegnąc do kredensu.

Waldemar chodził prędko i rozmyślał:

— Czy ona wie wszystko o zmarłej babce, czy zna jej historię? To możliwe! A w takim razie wraca tylko po to, by się pożegnać. Nie zostanie tu dłużej, bo mnie kocha. Przyszłość ją przerazi ze względu na przeszłość. My w niej budzimy trwogę, skoro już świadoma przeszłości. Czy we mnie jest litość dla niej, czy miłość?... Kocham ją, kochałem przedtem, nim się wszystko wyjaśniło, ona kocha, może teraz nienawidzi? A sfera? A rodzina? Oni nie dopuszczą... niechże spróbują. Będą stawiali trudności — zwalczę je! Nie zdepczą, nie sponiewierają mych uczuć, na to nie pozwolę!...

Waldemar zatrzymał się, podniósł rękę do czoła.

— Chcę, pragnę jej... Czuję głód szczęścia! Znalazłem je i nie dam sobie wyrwać. Walka zmoże ich... ulegną mi... muszą!... Chcę tego... pragnę... i dopnę.

Ktoś zastukał.

— Można.

Wszedł marszałek dworu.

— Czego pan sobie życzy?