— Proszę pani, Rudowa już blisko, pozostaje jedna stacja.
Stefcia zerwała się i otworzyła oczy.
— Rudowa?... Już? Dobrze, dziękuję.
Zaczęła spiesznie wyjmować z torebki swe przybory toaletowe, a widząc, że jest przedmiotem nieustannej uwagi ze strony dwóch pań i młodego człowieka, wyszła z przedziału. Gdy w kilka minut potem powróciła już uczesana i umyta, wyglądała świeżo, przypominając jakiś biały, smukły kwiat.
Młodzieniec czym prędzej ściągnął binokle, by się lepiej przyjrzeć, obie panie patrzały na nią z podziwem. Świst lokomotywy oznajmił bliskość Rudowy. Stefcia trochę drżała. Włożyła żakiet, kapelusz i zaczęła zapinać rękawiczki. Pociąg zwalniał biegu, a jej stanął w myśli pierwszy przyjazd z panią Elzonowską. Wówczas, jadąc od kolei, na granicy Słodkowic poznała Waldemara. Jechał amerykanem, sam powożąc karą czwórką. Od pierwszego wejrzenia podobał jej się bardzo, głównie z niedbałej a wytwornej elegancji, ale już witając się, spojrzał na nią oczyma, w których dojrzała szyderstwo, i to ją zmroziło.
Jego silny, męski uścisk dłoni pamięta doskonale. Jednak zanim dojechali do Słodkowic, już czuła do niego dziwną niechęć.
A teraz?... A teraz?...
— Boże, czy tamte czasy istniały? — pytała siebie.
— Mamo, mamo! Jakie śliczne konie na stacji i kareta! — zawołała młoda panna, stojąc przy oknie.
— Bardzo ładne czyjeś araby, cała czwórka siwych — potwierdził jej brat.