Stefcia zadrżała.
— Czyżby z Głębowicz?... — przemknęło jej przez głowę.
Przeciągły gwizd, dzwonek, stuk hamulców — i pociąg stanął.
Stefci serce biło zdwojonym tempem.
Do przedziału wpadł tragarz.
— Czy są konie ze Słodkowic?
— Jest, proszę jasnej pani, „karyta” z Głębowicz i sam jaśnie pan ordynat. Ze Słodkowic jest tylko panienka baronówna. A ot idzie... pan strzelec.
Posługacz, najwidoczniej z nadmiaru zadowolenia, sadził się na tytuły.
Ustąpił z pośpiechem przed olbrzymią postacią strzelca Jura, który wyglądał jak generał na paradzie.
Olbrzym uśmiechnął się do Stefci, zdjął stosowany kapelusz399 i skłonił się nisko, z uszanowaniem.