— Co pani rozkaże zabrać?

Stefcia podała mu ręczną torbę. Walizkę porwał tragarz.

W tej chwili wszedł Waldemar.

Przywitali się w milczeniu, ale z niedającym się ukryć wzruszeniem.

Stefcia poczerwieniała.

On pocałował jej rękę gorąco, unosząc czapkę nad głową. Było tyle wyłącznej nuty w powitaniu, pozornie chłodnym, że odczuły ją nawet obecne panie i pewny siebie młodzieniec.

Zamienili z sobą bystre spojrzenie: „Narzeczeni” — mówili sobie oczyma.

Olśniły ich konie, kareta, Jur, tytuły, wreszcie pańska postawa ordynata.

Waldemar zwrócił się do strzelca:

— Niech kareta podjeżdża.