Stanęli w oknie.

Kareta odjechała pierwsza, za nią potoczyły się sanie z Janem i rzeczami.

Lucia opowiedziała Stefci o chorobie pana Macieja i o swej tęsknocie.

— Jak się ma obecnie pan Michorowski? — pytała Stefcia.

Lucia się zaperzyła.

— Dlaczego nie mówisz dziadzio, jak dawniej?

— No więc dziadzio, czy już zdrowszy?...

— O tak, i ciągle panią wspomina. — Waldemar odrzekł, patrząc na Stefcię palącym wzrokiem.

Jego spojrzenie dziwnie miękko ogarniało jej postać. Tylko na krepowy welon spoglądał z marsem. Przykro go dotknął jej strój żałobny.

Lucia zawołała, jakby odgadując jego myśli: