— Nie, dziadziu, ona przebaczyła wszystko... Sama cierpiała, nawet rodzone dzieci nie wiedziały nazwiska do końca.

— Jednak bała się nas... bała się o ciebie. Dlaczego?

Stefcią wstrząsnął dreszcz.

— Czyżby?... — szepnął pan Maciej.

Starzec nagle zrozumiał, przed oczyma jego stanęła postać Waldemara.

Zadrżał.

— Tak, to być musiało główną przyczyną jej obawy. Prawda, prawda!... Sam fakt istnienia młodego ordynata Michorowskiego obok jej wnuczki musiał ją przerazić.

Starzec wyprostował się. W zapadłych oczach palił się ponury ogień ciężkiej zgryzoty.

Położył rękę na ramieniu Stefci.

— Wstań, dziecko, idź do Idalki. A nie zapomnij o starym dziadziu, masz do mnie zawsze wstęp.