— Luciu, na Boga, nie mów tego nigdy! Daj mi słowo, że podobnych rzeczy nie będziesz mówiła.
— Nikomu więcej, ale tobie. Zresztą dużo osób o tym wie. Podobasz mu się bardzo od dawna i kocha cię. A ty, Stefa?... To niemożliwe, żebyś była obojętna! Kochasz go również... prawda?...
Stefcia zrozumiała, że jej tajemnica została odgadnięta, że Lucia pyta umyślnie, ale że wie wszystko... Co począć? Dusiły ją łzy, dusił żal do Luci i do siebie samej. Milczała, wiedząc, że tym potwierdza prawdę.
Nagle zabrzęczały brązy uprzęży, zaskrzypiał śnieg, zaparskały konie i zrównał się z ich saneczkami strojny zaprzęg panny Rity. Stangret wstrzymał rozpędzone konie.
Stefcia ściągnęła lejce kuców z wielką wewnętrzną radością. Pannę Szeliżankę uważała w tej chwili za swą wybawicielkę.
— Jak się macie? Jak się macie? — wołała Rita, wychylona z sanek, podając rękę Stefci i Luci. — Jadę właśnie do Słodkowic. Dobrze, że was spotkałam. Naturalnie wracamy razem, bo ja mam dość spaceru.
— Myślałyśmy, że pani w Głębowiczach.
— Miałam tam być z ciocią, ale przyjechali Franiowie Podhoreccy i oni mnie zastąpią.
— Waldy będzie zmartwiony — rzekła Lucia.
Panna Rita zmarszczyła brwi.