— Przeciwnie, odmówiła mi.
Księżna spojrzała na Waldemara ze zdumieniem i wzruszając ramionami, rzekła oschle:
— Nie rozumiem! Czy się bawisz moim kosztem?
— Ani trochę! Mówię poważnie. Nie chce zostać moją żoną dla przyczyn wymienionych przez babcię, ale kocha mnie, kochała od dawna — i to był główny powód jej wyjazdu. Jest szlachetna i dumna, pragnęła poświęcić własne uczucia, lecz ja nie pozwolę, aby miała być nieszczęśliwa. Zresztą i o moje szczęście idzie.
Księżna siedziała jak martwa. Ręce splotła rozpaczliwie.
— A przecież mówisz, że ci odmówiła? Jednak zdobyła się na tyle taktu — dodała jakby do siebie.
— Ale to był tylko jej takt. Powtarzam, ona mnie również kocha. Uczynię wszystko, aby przemóc jej upór. Pojadę do Ruczajewa do państwa Rudeckich prosić o rękę ich córki.
— Boże! Boże! Boże! — jęczała księżna.
Waldemar zniecierpliwił się.
— Babciu, proszę nie rozpaczać, bo zbrodni nie popełniam. Sądzę, że moje szczęście powinno trochę inaczej usposabiać tych, co mnie kochają, a widzę, że jest przeciwnie.