Rozejrzała się po kwiatach. Wyjętą z wazonu świeżą, zaledwie rozkwitłą różę „Maréchal Niel” przypięła sobie do włosów. Spojrzała przy tym w lustro i może pierwszy raz w życiu uderzyła ją własna uroda. Chwilkę patrzała na swą postać. Usta jej musnął uśmiech radosny.
— Ładna jestem! Dla niego chcę być ładna!
Zwrócił jej uwagę ruch w przedpokoju. Podbiegła do okna. Na twarzy jej zabłysły gorące cienie.
Przed gankiem stała gniada czwórka ruczajewska. Z sanek służący i strzelec Jur wyjmowali futro na nogi.
Stefcia podniosła obie ręce do rozpalonego czoła.
— On tu!... Waldy w Ruczajewie! — wołało jej w duszy.
W sieni słyszała głos ojca, ale kiedy zaraz potem rozległ się dźwięczny baryton Waldemara, zapłonęła falą szczęścia. Radość bezmierna buchnęła w niej płomieniem. Biegła do drzwi, kiedy wszedł w nie ordynat z błyskiem w oczach, zapalonym na jej widok.
Pan Rudecki dyskretnie cofnął się.
— Moja, moja! — wykrzyknął ordynat, chwytając narzeczoną w ramiona.
Stefcia oparła głowę na jego piersiach, bezprzytomna z nadmiaru uczuć.