Ciężary waliły jej w mózg, gorąco i dreszcze przebiegały jej członki. List włożyła do koperty, zmięła gorączkowo, wsuwając go do biurka prawie machinalnie. Przeciągnęła ręką po czole. Dłoń była zupełnie mokra. Zaczęło jej mącić się w oczach, poczuła lekkie mdłości, w głowie huczały gromy.
Podeszła chwiejnie do okna i mętnym wzrokiem popatrzała na ukwiecony ogród.
— Trędowata! — szepnęła z bólem.
Nagle zaczęła się śmiać, strasznie śmiać... Głuchy jęk i śmiech razem wybuchał z jej piersi.
— Oni kłamią, kłamią! — wołała, zanosząc się od śmiechu. — Oni się go boją! Oni jemu ustąpić muszą, muszą, muszą!... On nie dopuści... on ich zmoże... boją się go, boją! Och!... och!...
Usiadła na łóżku, uspokoiła się i umilkła. Twarz jej poczęła się krzywić kurczowo, jak u dziecka przed płaczem; oczy zupełnie mętne, nieprzytomne utkwiła w dużej fotografii narzeczonego, stojącej na biurku wśród kwiatów, i szeptała coraz ciszej, pieściwym głosem:
— Waldy... Waldy mój... czy ja cię unieszczęśliwię?... Ty dzielny!... Ty mnie kochasz! Ty! Ty!...
Brwi jej podniosły się na zroszonym czole i skupiły, tworząc bolesny łuk, usta drgały, opadając na dół.
— Waldy... Wal... dy — wyjąknęła i nagle zaniosła się spazmatycznym płaczem.
Głowę rozpaloną, w której krew buchała zbitym wałem, wtuliła w poduszki, a płacz straszny, rozpaczliwy płacz, idący z każdej kropli krwi, z każdego włókna nerwów, płacz z duszy, płacz z serca wstrząsał nią jak orkan rozwścieczony.