To był płacz całej istoty, olbrzymi! siłą swą mogący rozdzierać kamienie, najtwardsze skały!
W mózgu miała tysiące młotów.
Ogarniał ją ogień.
XXVIII
W Warszawie, w pierwszorzędnym hotelu w restauracji siedział przy stoliku ordynat i Brochwicz. Waldemar nie jadł, tylko pił dużo. Był trochę ponury. Kolacja męczyła go.
— Więc jedziesz jutro? — spytał Brochwicz.
— Myślę dziś nawet.
Brochwicz spojrzał na zegarek.
— Zdążyłbyś, ale to głupstwo, radzę jutro. Załatwiłeś wszystko?
— Najzupełniej.