Waldemar cofnął się jak ugodzony straszną siłą, blady przerażająco. Spojrzał rozpaczliwie na profesora i państwa Rudeckich.

— Co to jest?... Na Boga, co znaczy ten okrzyk? — wycharczał ze zgrozą.

— To słowo powtarza się bardzo często w majaczeniu chorej — odrzekł profesor, patrząc badawczo na zmienioną twarz ordynata.

Waldemar porwał Rudeckiego za ramię.

— Proszę za mną — rzekł głucho.

Weszli do bocznego pokoju. Ordynat ścisnął ramię Rudeckiego z siłą konwulsyjną.

— Stefcia otrzymała anonim — rzekł przez ściśnięte zęby.

— Anonim?... Skąd pan wie?

— Otrzymała na pewno! Widzę to z jej słów. Ja... ja... ostrzegałem pana, że szelmostwa mogą być... nie uchroniliście! Zabili mi ją... Boże!...

Załamał ręce z rozpaczą straszliwą.