— Waldy — wionęło cichutko z jej ust.

— Złota moja, najdroższa, dziecko moje! — szeptał Waldemar z bolesnym skurczem w krtani, okrywając pocałunkami jej ręce. — Poznałaś mnie, poznałaś?...

— Waldy... — powtórzyła Stefcia.

— Jestem tu, przy tobie, jedyna, czuwam nad tobą...

Stefcia przysunęła głowę do ramienia narzeczonego i rozpaloną twarz przytuliła do rękawa jego ubrania. Ta niema pieszczota wzruszyła Waldemara. Załkało mu w piersiach. Objął ją i gorącymi ustami przylgnął do jej policzków.

— Ja chora jestem, prawda? — spytała szeptem.

— Tak, złota moja, ale już jesteś zdrowsza. Co cię boli?

— Głowa... głowa... pali mnie... kamienie w głowie.

— To przejdzie... przejdzie... wyzdrowiejesz... będziesz moja.

Gwałtownie poruszyła się, podniosła na niego oczy.