Na umajonej brzozie słowik śpiewał dalej.
XXX
Waldemar nie zemdlał, lecz popadł w stan całkowitego znieczulenia. Patrzał na leżącą bez ruchu Stefcię, której lekko rozchylone usta zachowały barwę kaliny, jakby się krew skrzepła w nich. Uśmiechały się dziwnie słodko. Zamknięte powieki rzucały długie cienie rzęs na delikatną biel jej twarzy. Robiła wrażenie cicho śpiącej — tak pięknie ustroił jej młode ciało hufiec niebieski, zabrawszy z niego duszę, jak woń kwiatu.
Rozpacz państwa Rudeckich, ryk Jurka, płacz Zosi i wszystkich domowych nie zdołał poruszyć Waldemara. Był zdrętwiały, ogłuszony, jak błędny. Oparty na brzegu łóżka, wpijał w ciało dziewczyny tępy wzrok, z niemą a okropną tragedią.
Tak zeszła godzina, długa, pełna szlochów, ponura jak nędza.
Nagle Waldemar wstał, ręce podniósł do głowy, przetarł czoło i wyszedł z pokoju.
Pan Maciej zgarbiony, ze zmienioną twarzą, jak cień poszedł za nim.
Stan Waldemara zatrwożył go. Bał się o niego, nie spuszczał oczu z wnuka, sam potrzebujący opieki.
Ordynat wszedł do swego pokoju i zatrzasnął drzwi za sobą.
— Na Boga, otwórz! — nieludzko krzyknął starzec.