Z niebywałą siłą szarpnął drzwi, otworzył, wpadł do pokoju i zatoczył się jak martwy z przerażenia.
Waldemar miał w ręku rewolwer, wydzierał go z futerału.
Starzec przyskoczył do wnuka, porwał ramię Waldemara, chciał chwycić rewolwer, lecz ordynat szybko podniósł go w górę. Z dzikością w oczach odepchnął pana Macieja i zawołał ochrypłym głosem:
— Precz, precz!
Wyglądał strasznie. Oczy ciskały gniewem, cała twarz drgała konwulsyjnie. Stał wyprostowany z morderczym narzędziem w podniesionej wysoko dłoni. Złowrogo błyskało. Z ust wychodził mu zduszony, nieludzki pomruk:
— Ona... nie żyje... ona!
Pan Maciej jak szalony, z jękiem przeszywającym serce rzucił się do nóg Waldemara.
Starzec klęknął i obejmując kolana wnuka, załkał rozpaczliwie:
— Nie czyń tego, zmiłuj się, nie zabijaj mnie!... Jej śmierć to kara dla mnie, jam przeklęty! Ale ty żyj, ty żyj!
Ordynat patrzał, jakby nie pojmując.