Stefcia stała na portrecie wypukło odcieniowana, ze śmiałością linii i niezwykłą swobodą.
Stefcia żyła.
Jej jasna postać, rzucając na salę niby podmuch zorzy porannej, odbijała rażąco od surowej w tonie Gabrieli de Bourbon.
Rozświetlała salę, jak ukwiecona gałąź białej akacji rozświetla zmurszałe modrzewie.
Przodkowie Michorowskich zdumieli się.
— Kto to?... kto to?... — snuły się szmery.
Martwe oczy portretów patrzyły na cudną postać dziewczyny i na brzeg płótna, blisko szerokiej ramy rzeźbionej z mahoniu z brązowym okuciem.
Tam widniał napis:
„Śp. Stefania Rudecka, narzeczona Waldemara Michorowskiego 12. ordynata Głębowicz.
Zgasła przedwcześnie, zatruta fanatyzmem pewnych członków jego sfery.