Pewnego dnia, w końcu czerwca, Prątnicki z Kleczem byli na łąkach, gdzie robotnicy kosili trawę. Panowie na linijce97 pod lasem rozmawiali ze sobą, często wybuchając śmiechem. Edmund palił papierosa i z rękoma w kieszeniach zwracał się do zaciekawionego Klecza z junakierią98 i minami. Mówił o Stefci:
— Tak, panie, na świecie dużo jest kobiet, ale trzeba umieć wybierać takie, co obok dobrego smaku posiadają jeszcze dobrą przyprawę. To jest grunt. Stefa jest apetyczna, nie przeczę: teraz jakoś zblakowała99, ale to esencjonalna dziewczyna!... Lecz cóż z tego? Pływa tylko w dwudziestu tysiączkach. Czyż to dla mnie? Miły Boże, wystarczyłoby mi akurat na dwie podróże za granicę.
— Gdyby tak miała ze sto tysiączków, co? Ha, nie porzuciłby jej pan — zaśmiał się Klecz rubasznie.
Edmund zrobił ustami grymas wyrażający lekceważenie.
— Tak, naturalnie, chociaż powiem panu prawdę, że ona trochę mdła, zanadto cnotliwa. Byłem przecież przez kilka miesięcy prawie narzeczonym, a dalibóg nie udało mi się wziąć całusa ani razu, chociaż umiałem być natarczywy. Nie i nie!.. Ona nie ma temperamentu, ta dziewczyna.
— Ja bym sądził inaczej. Panna Stefania ma bardzo żywą fizjonomię, wygląda na ognistą kobietę. Może pan nie umiał jej zajść, bo z kobietą to, panie, tak jak z narowistym koniem, trzeba umieć obchodzić się.
Wybuchnęli śmiechem.
— Przecież szalała za mną — mówił dalej praktykant. — Już ja potrafię krzesać iskry, to moja specjalność. Zobaczy pan, ona za mąż nieprędko wyjdzie — jeśli w ogóle wyjdzie. Chyba ożeni się z nią jakiś świętoszek albo facet, dla którego jej posag będzie stanowić sumę. Ona, choć ładna, porwać nie potrafi. Mówię panu, że cnotliwa do obrzydliwości. A to ważny defekt w kobiecie. Z niej nikt nic nie wydobędzie.
Klecz uśmiechnął się chytrze.
— E, tak źle nie jest. Panu się nie udało, ale naszemu ordynatowi pewnie się poszczęści...