— Wyrodna córko! — zawołał z oburzeniem Marhabal. — Ty śmiejesz się, gdy twój nieszczęśliwy ojciec, który jest w obliczu śmierci, przychodzi, aby pożegnać...
Ale nie zdołał skończyć, gdyż Thalestris zerwała się z purpurowej pościeli tak szybko, jak ptak zrywa się spośród kwiatów, i objąwszy szyję ojca, cała różowa, do spłonionej jutrzenki podobna, poczęła jednym tchem mówić:
— Ojcze, król przebaczył ci wczoraj, a mnie powiedział, że jestem królową króla!
Marhabal zmienił się w posąg kamienny — i dopiero po długiej chwili rzekł:
— Wróć do łóżka, Thalestris, albowiem nogi mi tak osłabły, że muszę usiąść.
Więc Thalestris wskoczyła znów do pościeli, a on siadł przy niej, zdjął myckę, przeciągnął raz i drugi ręką po ogolonej głowie i zapytał:
— Toś ty widziała króla?
— Widziałam.
— Kiedy?
— Dzisiejszej nocy.