Jedzie tedy i rozgląda się na prawo, rozgląda na lewo, aż tu leżą jak kłody, między kosówką7, to smoki paskudne o trzech głowach, to węże ogromne, to rozmaite żmije i padalce. Ten i ów podniesie czasem łeb, zasyczy, zębami kłapnie, ale nie mówią mu nic.
— Hej! — myśli pan Lubomirski — żeby to były zwyczajne smoki i wężary, można by im mieczem łby porozwalać, ale przeciw piekielnym mocom szabla na nic — i trzeba chyba z babą coś wskórać, bo inaczej żywy nie wrócę.
Dojechał wreszcie do szczytu i patrzy: siedzi straszna jędza piekielnica, koszulę szyje. Zsiadł pan Lubomirski z konia, pokłonił jej się po kawalersku i tak grzecznie do niej powiada:
— Jak się masz — powiada — stary wiechciu od butów! Przyjechałem tu po twoje skarby, bom swoje na wojnę wydał, a teraz mi na drogę potrzeba. Dasz — dobrze, nie dasz — też dobrze, jeno nie marudź, bo mi okrutnie pilno.
Roześmiała się na to baba tak, że aż pan Lubomirski ostatni jej jedyny trzonowy ząb zobaczył, i mówi:
— Oj-jej, dlaczego nie, oto widzisz tu w workach koło mnie złoto, perły i diamenty, bierz, ile chcesz, ale pierwej napij się ze mną wina prze zdrowie8.
I wzięła zaraz dwie szklenice, nalała z jednego gąsiora9 do jednej, z drugiego do drugiej i powiada:
— Chaim!
Ale pan Lubomirski, któren, jako się rzekło, był człek mądry i przemyślny, wnet pomiarkował10, że skoro baba nie z tego samego gąsiora w obie szklenice leje, to musi być w tym jakaś podrywka11. Począł tedy głową kręcić i patrzeć tak, jakby co za babą zobaczył.
— Czego się rozglądasz? — pyta baba.