— Mamy swoją drogę za Czarcim Wądołem.
— Za czarcim? Przeżegnaj no się jeszcze raz!
— W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen.
— To dobrze. A wóz tą drogą przejdzie?
— Teraz grząsko wszędy, chociaż tam nie tak jak na gościńcu, bo wądołem149 wiater dmie i błoto suszy. Jeno do Bud bieda, ale i do Bud znający bór pomału przeprowadzi.
— Za skojca przeprowadzisz? Ba! Niechby za dwa!
Smolarz podjął się chętnie, wyprosiwszy jeszcze pół bochenka chleba, bo w lesie, chociaż głodem nie przymierali, ale chleba z dawna nie widzieli.
Ułożono, że wyjadą nazajutrz rano, gdyż pod wieczór było „niedobrze”.
O Borucie mówił smolarz, że okrutnie czasem „burzy” w boru, ale prostactwu krzywdy nie czyni i zazdrosnym będąc o księstwo łęczyckie, innych diabłów po chrustach gania. Źle tylko spotkać się z nim w nocy, zwłaszcza gdy człek napity150. W dzień i po trzeźwemu nie ma przyczyny bać się.
— A wszelakoś się bał? — rzekł Maćko.