Na głowie miała pątliczek jedwabny, czerwony, na sobie zielony sukienny kubrak, a zaś spodenki buchaste przy biodrach, a dalej obcisłe, w których jedna nogawiczka była barwy pątlika, druga w podłużne pasy. I z bogatym kordzikiem przy boku, z uśmiechniętą i jasną jak zorza twarzą wyglądała tak ślicznie, że oczu nie można było od niej oderwać.
— Boga mi! — mówił rozweselony Maćko. — Alibo cudne jakoweś paniątko, alibo kwiatuszek czy co?
Po czym zwrócił się do drugiego pachołka i zapytał:
— A ten tu?... Pewnikiem też jaki odmieniec?
— A wżdy to Sieciechówna — odrzekła Jagienka. — Nieskładnie by mi było samej między wami, bo jakże? To dlatego wzięłam z sobą Anulkę, że we dwie raźniej, i pomoc jest, i sługa. Jej też nikt nie pozna.
— Masz ci babo wesele! Mało było jednej, będzie dwie.
— Nie przekomarzajcie się.
— Nie przekomarzam się ja, ale przecie w dzień każdy pozna i ją, i ciebie.
— Ba! A po czym?
— Bo ci kolana k’sobie1043 idą, i jej też.