Ranek był bardzo wczesny; dzień, jak na Zanzibar, chłodny i zapewne dlatego mieliśmy wrażenie wiosny. W powietrzu była taka wesołość i rzeźwość, jak bywa u nas w pogodne dni majowe. W koronach palm rozlegało się kukanie miejscowych kukułek, które co chwila przelatywały przed nami z drzewa na drzewo. Widzieliśmy żółte remizy kręcące się koło swych gniazd, zwieszonych na kształt długich kieszeni z gałęzi, i rozmaite inne ptaki o upierzeniu często bardzo świetnym; głosy ich w niczym nie przypominają świegotu naszego ptactwa; są to raczej jakby miauczenia kotów, jakby nawoływania się w jakimś dziwnym nieznanym języku. Gwar ten, lubo niezbyt harmonijny, jest jednak dla ucha przyjemny, brzmi bowiem w nim radość z poranku, ze słońca, z życia i swobody.
Po godzinie drogi weszliśmy do wsi murzyńskich, ukrytych w gęstwinie palm wachlarzowych, mangów i lianów243, które czasem tak gęsto oplatają drzewa, że tworzą na nich jakby tkaninę. Chwilami zdawało mi się, że jestem w cieplarni Jardin d’Acclimatation w Paryżu. Oczom się nie chce wierzyć, by to wszystko mogło wyrastać, panoszyć się i bujać samo przez się. Okrągłe chaty murzyńskie, o trzcinowych dachach, ukryte są jakby w mrocznych niszach tej gęstwy. Środkiem, między dwoma ich szeregami, biegnie szeroka droga barwy czerwonej, umieciona tak starannie, że nie mogłem wyjść ze zdziwienia nad tą schludnością i porządkiem. Nad drogą wielkie drzewa wyciągają wzajem ku sobie konary. Zauważyłem, że, jak w mieście w dzielnicy murzyńskiej, tak i w tych wiejskich zaciszach panuje odrębne światło. Słońce nie odbija się tu od żadnej białości, więc nie oślepia, nie razi, nie przychodzi nawet bezpośrednio, ale przesącza się przez liście, ciemne, purpurowe, jasnozielone lub złote, skutkiem czego zabarwia się samo i spływając na szare dachy lub ceglasty grunt, łagodnieje, tworząc odblaski jakby czerwonawo przyćmione, słodsze, głębokie, przemieszane z zielonym mrokiem. Gdy w takim oświetleniu zobaczy się czarne, połyskujące, metalowe ciała murzyńskie — ma się przed sobą prawdziwy obraz afrykański, tak przewyższający wyobrażenia, jakie się miało o tych dziwnych, cudnych krainach, że oczu nie chce się od niego oderwać.
Arabowie i Murzyni, których spotkaliśmy po drodze, kobiety niosące na głowach naczynia z wodą lub obarczone pękami owoców, ludzie zajęci obieraniem orzechów z palm, witali wszędzie nas, a raczej księdza Ruby, uprzejmym: „Yambo m’buanam!” (witaj panie!). Po długiej białej sukni poznawano od razu misjonarza, nie widziałem jednak nigdzie najmniejszego znaku niechęci lub objawów mahometańskiego fanatyzmu, chociaż wsie w Zanzibarze, do których wpływ misji nie zdołał dotąd dotrzeć, wyznają przeważnie islam. Może między Arabami znajduje się kilku fanatyków, którzy radzi by wypędzić misjonarzy, ale Murzyni, nawet mahometanie, szanują ich niezmiernie. Częstokroć nie umieją sobie zdać sprawy, po co ci ludzie przyjeżdżają z daleka do Zanzibaru dlatego tylko, by zbierać dzieci, ratować najbiedniejszych czarnych i w ogóle czynić dobrze bez żadnej dla siebie korzyści. Prawdopodobnie budzi to nawet w tych grubych naturach więcej zdziwienia niż wdzięczności, niemniej jednak otacza w ich pojęciach misjonarzy pewnym tajemniczym urokiem, bliskim czci niemal zabobonnej.
Ojciec Ruby dużo opowiadał nam po drodze o stosunkach misji do miejscowych mieszkańców i o tym zdumieniu, w jakie działalność misjonarzy wprawia czarnych i w Zanzibarze, i na stałym lądzie Afryki. Początkowe to zdumienie kończy się zawsze po pewnym czasie ufnością bez granic — co sprawdziłem później sam w misji Mandera, do której zawędrowaliśmy w naszej dalszej podróży.
Słuchając tych opowiadań, szliśmy coraz dalej wśród otwartych pól zasadzonych maniokiem lub wśród plantacji gwoździków. Drzewa gwoździkowe były w kwiecie i unosiła się nad nimi woń tak mocna, że aż upajająca. Tu i owdzie trafialiśmy także na plantacje bananów, które już z daleka można rozpoznać po jasnej, pełnej blasku zieloności. Wyspa ciągle wyglądał, jak zaczarowany ogród, ale ogród ów stawał się stopniowo coraz dzikszy. Weszliśmy wreszcie na nieuprawne polanki odgraniczone od pól murem gąszczów, a porosłe dżunglami, nad którymi wznosiły się samotne baobaby o szczupłej stosunkowo koronie, lecz pniu potwornym. Droga zmieniła się w ścieżkę, po której często maszerowały kolumny mrówek; ptactwo latało nad chaszczami coraz więcej, a niektóre drzewa były pokryte całymi setkami gniazd remizów. Ksiądz Ruby utrzymywał wprawdzie, że idąc dalej, trafia się znów na wioski, osady, ogrody palm i mangów, lecz że upłynęło już kilka godzin od wyjścia z miasta i słońce dopiekało coraz silniej, postanowiliśmy nie iść dalej, przeczekać w cieniu godziny największego upału i wieczorem powrócić do domu.
Zatrzymaliśmy się pod drzewem chlebowym, którego olbrzymie, podobne do dyń owoce zwieszały się na cienkich szypułkach nad naszymi głowami. Przed nami była rzeka, tworząca w tym miejscu szczerk244 dość obszerny i łatwo przystępny. Natomiast drugi jej brzeg porośnięty był arumami245 tak wielkimi, jakich nigdy w życiu nie widziałem. Nie przypuszczałem nawet, żeby ta roślina mogła dochodzić do podobnych rozmiarów. Rosły one tak gęsto, iż zdawało się, że jeden wyrasta na drugim; ogromne sercowate liście tworzyły coś jakby zbitą płachtę zieloności, ciągnącą się tak daleko za rzeką, że końca jej nie można było dojrzeć. Nie spostrzegłem też między nimi żadnych innych roślin; widocznie arumy, trafiwszy na najodpowiedniejszy dla siebie błotnisty grunt, rozpanoszyły się i rozbujały w gorącu i wilgoci do tego stopnia, że zgłuszyły wszystko, co próbowało zakiełkować w ich gąszczu. Nad samym brzegiem wysoka na kilka metrów ściana ich odbija się w spokojnej toni. Ponieważ w Zanzibarze nie ma krokodylów, więc wypocząwszy nieco, wzięliśmy kąpiel, która orzeźwiła nas bardzo, pokazało się bowiem, że woda w rzece, utworzonej widocznie z bijących spod ziemi źródeł, jest nadspodziewanie chłodna. Małe nasze Murzynki poszły za naszym przykładem i wkrótce całe stadko poczęło się pluskać, czyniąc pozór jakichś czarnych ziemnowodnych zwierzątek. Niektórzy, leżąc spokojnie z wyciągniętymi nogami przy brzegu, podobni byli do kijanek wygrzewających się na słońcu. Ksiądz Ruby wywołał ich wkrótce na śniadanie, które, złożone z zimnych mięsiw i przepysznych podzwrotnikowych owoców, smakowało nam wybornie. Za napój mieliśmy wino z wodą kokosową, którą z otwartych orzechów przelewaliśmy do szklanek. Z jednego orzecha otrzymuje się pełną butelkę wody; jest ona nadzwyczajnie czysta i chłodna, ale w smaku nieco mdła. Próbowałem także owej białej masy obsiadającej na kształt śmietany wnętrze orzecha, lecz nie znalazłem w niej żadnego smaku.
Podczas śniadania zauważyłem, że ksiądz Ruby nie tylko opiekuje się starannie dziećmi, ale nie szczędzi im nawet pieszczot. Zapytany przeze mnie, czy wychowywanie Murzynów nie wymaga większej surowości niż wychowywanie dzieci białych, odpowiedział mi z prostotą:
— Nigdy to nie zaznało pieszczot matki, więc trzeba im i matkę zastąpić!
I widocznie podobna pedagogia nie przynosi szkód, dzieci bowiem, mimo całej łagodności ojca Ruby, posłuszne były na każde jego skinienie, a przy tym widocznie niezmiernie do niego przywiązane.
Po śniadaniu obowiązkową sjestę przerwało nam kilkunastu starszych i młodszych Murzynów. Pokazało się, że opodal była ukryta w gąszczu krzów246 jakaś osada. Ci wleźli naprzód do wody, którą burzyli jak stado hipopotamów, następnie przypatrywali się nam, naszym strzelbom i naczyniom dość natrętnie. Nadjechał też i jakiś Arab, który popisywał się przed nami konną jazdą, co w ogóle Arabowie lubią czynić wobec Europejczyków, albowiem wszyscy posiadają niemałą dozę próżności. On przelatywał w największym pędzie tak blisko nas, że mógł stratować które z dzieci, i dlatego ks. Ruby prosił go w końcu, by obrał inne pole dla swych popisów.