Zostaliśmy wreszcie sami. Dzieciska, strudzone drogą, pospały się zaraz w trawie. Nadeszły godziny największego upału i bezwzględnej ciszy. Nawet ptactwo pochowało się gdzieś pod gałęzie drzew i ucichło. W powietrzu nie było najmniejszego powiewu, niebo pobielało na krańcach; ziemia tonęła w blasku tak silnym, że aż przeraźliwym. Woda w rzece wygładziła się zupełnie i zdawała się usypiać; arumy po drugim brzegu rzeki stały nieruchome i jak gdyby stężałe. U nas w chwilach takiej ciszy wszystko się koi i to ukojenie stanowi duszę przestworza — tu tego nie ma. Tu wydaje się, że całą naturę przejmuje smutek i strach przed niemiłosiernym słońcem, że żadna żywa istota nie śmie drgnąć i zataja oddech w piersiach, a owo słońce wytęża się jakby w złości i wypatruje tylko, kogo by zabić. Umysł nasz przywykł pojęcie ciszy kojarzyć zawsze z pojęciem ciemności — tu zaś widzi się zawsze przeciwne i niemal tragiczne połączenie milczenia i blasku, które, mnie przynajmniej, stale przejmowało w tych krajach zdziwieniem.

Koło godziny trzeciej opuściliśmy gościnny cień chlebowego drzewa i ruszyli z powrotem do domu. Że jednak było jeszcze bardzo gorąco, ksiądz Ruby zapytał nas, czy nie zechcemy wstąpić do domu znajomego mu Araba, który, jakkolwiek mahometanin, miał się odznaczać wielką uprzejmością dla misjonarzy. Zgodziliśmy się chętnie, tym bardziej iż nie trzeba było bardzo zbaczać. Droga zawiodła nas między obszerne plantacje gwoździkowe, potem między ogrody wielkich drzew, spośród których na końcu długiej cienistej alei wychyliły się nareszcie białe ściany arabskiej szamby. Był to niewielki dom, trochę do naszych dworków wiejskich podobny. Przed dworkiem, między drzewami, wznosiła się altana złożona z płaskiego trzcinowego dachu i czterech słupów, pod której cieniem wypoczywali czarni niewolnicy właściciela. Ogród, złożony przeważnie z drzew mangowych, wart był widzenia z powodu bogactwa roślinności. Wielkie drzewa tworzyły w nim jakby sklepienia i kopuły, pod którymi panował kolorowy mrok. Właściciel, Arab, wyszedł na nasze spotkanie i po zwykłych salamalekach247 usadził nas pod werandą. Był to człowiek średnich lat, cery brązowej, chudy bardzo, wesoły i uśmiechnięty. Ustawicznie zapytywał nas za pośrednictwem księdza, czy nie zechcemy co zjeść, i mimo iż odmawialiśmy stale, powtarzał te pytania aż do znudzenia. Ksiądz Ruby wytłumaczył nam potem, że leży to we zwyczaju arabskim. Przyjęliśmy wreszcie po szklance krynicznej wody z sokiem mangowym, a potem, ponieważ słońce zniżyło się już znacznie, poczęliśmy się zaraz żegnać z gospodarzem. Odprowadził on nas jednak aż do granicy swych plantacji gwoździkowych i po drodze dał nam nową, arcyoryginalną próbkę miejscowych zwyczajów. Oto przez cały czas nie tylko miał czkawkę, ale widocznie się do niej zmuszał, w chwili zaś pożegnania urządził nam taki koncert, jakiego nie słyszeliśmy nigdy w życiu. Oczywiście obaj przypisywaliśmy to nieobyczajności półdzikiego człowieka, łatwo więc wyobrazić sobie nasze zdumienie, gdy ksiądz Ruby objaśnił nas, że jest to po prostu kwestia etykiety i że każdy zanzibarski Arab, odprowadzając gości, daje im w ten sposób do poznania, że jest człowiekiem dostatnim, że jada obficie i że stać go na gościnne przyjęcie. Co więcej, ksiądz Ruby zapewnił nas, że gdybyśmy byli jedli cokolwiek, wypadałoby koniecznie i nam zaświadczyć w taki sam sposób gospodarzowi, żeśmy syci i zadowoleni. Na szczęście, przyjęcie szklanki wody z sokiem nie pociągało za sobą podobnych obowiązków, inaczej bylibyśmy zostawili po sobie w głębi Zanzibaru opinię ludzi nieumiejących się znaleźć w przyzwoitym towarzystwie. Co kraj — to obyczaj.

Wróciliśmy do domu przez Mnazimoję o zachodzie słońca. Był wielki przypływ, obie laguny napełnione po brzegi i gładkie jak szyby; obie gorzały czerwonym i złotym blaskiem od zachodzącego słońca. Powietrze nawet było zabarwione na czerwono, a w ogóle na niebie i wodzie grało tyle kolorów, że żadna fantazja nie zdoła sobie nic podobnego wyobrazić. Białe mury szamb i świątyńki indyjskiej wyglądały jakby z różowego światła ulepione; pióropusze palm paliły się jak zawieszone w powietrzu ogniska; na mangach leżały krwawe odblaski, nawet błękit nieba był rumiany. W dali miasto zdawało się wznosić wprost z wody jak Wenecja.

Potem nagle wszystko poczerniało — i tylko na wieżach rozbłysły światła.

Dzień skończył nam się wybornie; w hotelu zastaliśmy dwie wiadomości: jedną od msgra de Courmont, że brat Oskar powrócił; drugą od konsula, że pancernik „Redbreast” wyruszy za kilka dni do Bagamoyo, w razie zaś gdybyśmy nie mogli zdążyć, będzie zawsze gotów uczynić z nami tę drogę raz drugi.

XI

Kupowanie zapasów. — Co potrzeba brać. — Omyłki. — Przejazd. — Lunch. — Lądowanie. — Bagamoyo. — Wielka misja. — Ogród czy las? — Dom. — Przełożony. — Brat Oskar. — Śniadanie. — Wieść o Wissmanie. — Ogrody misji. — Urządzenia. — Misja i czarni. — Murzyni chrześcijanie i mahometanie. — Noc bezsenna.

Kilka dni zajęło nam kupowanie zapasów. Bacząc, że w każdym razie braki można będzie uzupełnić w Bagamoyo, nie chcieliśmy się przeładowywać zbytecznie; w końcu jednak zebrało się i tak kilkanaście większych i mniejszych skrzynek obejmujących kawę, herbatę, konserwy mięsne i jarzynowe, mąkę, wino, koniak, świece, naczynia kuchenne, narzędzia rzemieślnicze i najrozmaitsze przybory potrzebne w podróży. Późniejsze doświadczenie nauczyło nas, że nie wszystko było przewidziane jak należy. Nabraliśmy na przykład niepotrzebnie za dużo konserwów mięsnych, bo świeżego mięsa może dostarczyć polowanie, zwłaszcza na ptactwo, a przy tym w wioskach murzyńskich łatwo zaopatrzyć się w kury i kozy. Mąka nie przydała się na nic, gdyż czarny nasz kucharz M’Sa nie wiedział, co z nią robić; natomiast wzięliśmy za mało jarzyn, których nigdzie dostać nie można, a które jada się w tym klimacie chciwie, i również za mało wina. Ponieważ słyszałem, że w głębi lądu trafia się częstokroć na wodę niezmiernie mętną, powodującą febry i dyzenterie, zakupiliśmy całą skrzynię wody sodowej, która smakowała nam później w pochodach wyśmienicie i być może, iż istotnie uchroniła nas od choroby.

Rano 28 lutego ładunek nasz został przeniesiony na głowach zwołanych z ulicy Murzynów, do łodzi, a następnie na „Redbreast”. Na pokładzie zastaliśmy całe towarzystwo, które postanowiło odwiedzić Bagamoyo. Sir Ewan Smith otrzymał był248 przed paru dniami z Foreign Office249 bardzo zapewne pożądaną wiadomość, iż mianowanym został do Maroko — chciał więc choć raz postawić nogę na przyległym do Zanzibaru lądzie, którego dotąd nie znał. Prócz tego był mr. de Courmont z księdzem Le Roy, pani Chevalier, utrzymująca szpital dla czarnych w Zanzibarze, pani Jameson, konsul niemiecki von Redwitz i naczelnik miejscowej misji angielskiej, który przybywszy niedawno z Europy, pragnął przypatrzyć się wzorowym urządzeniom wielkiej misji katolickiej w Bagamoyo.

Na statku czekał nas doskonały „lunch”. Pogoda była dobra. Wysoko na niebie wiatr przepędzał pojedyncze zwały chmur, które zlewały obfitym, przerywanym dżdżem płócienny dach statku, natomiast na morzu była cisza, toń gładka i statek szedł jak po jeziorze. Radziśmy byli obaj z towarzyszem, że zamiast brudną i cuchnącą feluką arabską, wlokącą się leniwymi żaglami po morzu, jedziemy „Redbreastem”, tak schludnym i wykwintnym w swej białości, jak gdyby był wyrobem jubilerskim. W dodatku droga zajęła tylko kilka godzin, które przeszły szybko przy „lunchu” i na rozmowach. Aniśmy się spostrzegli, gdy ze strony zachodniej począł się rysować brzeg afrykański. Jest on bardzo niski. Początkowo ujrzeliśmy tylko czuby palm, wychylające się jakby wprost z wody, potem dopiero zaczęły zaznaczać się smukłe pnie i rozciągnięte pod nimi piaski płaskoci. Powiedziano nam, że plamy owe są ogrodem, należącym do misji.