Z powodu wojny w kraju Massai, zaburzeń w Usagara i niepewności położenia we wszystkich odleglejszych okolicach, wycieczka nasza w głąb kraju musiała być znacznie ograniczoną. Powiedzieliśmy sobie jednak: pójdziemy, dokąd będzie można — i gdy wszystkie przygotowania zostały wreszcie ukończone, ruszyliśmy, nie zwłócząc.

Był to dla nas radosny dzień. Wstawszy bardzo rano, poszliśmy do sali jadalnej, gdzie ojciec Stefan, brat Oskar i inni misjonarze zgromadzili się, by zjeść z nami ostatnie śniadanie. Nasi Murzyni czekali tymczasem na werandzie, każdy przed swoją paką. Jedni przywiązywali do nich grube kije bambusowe, drudzy sprzeczali się jeszcze o to, co który ma nieść, gadając przy tym tyle, że cała weranda pełna była wrzawy. Misjonarze są to ludzie tak gościnni i serdeczni, że gdy po kilkudniowym pobycie u nich przyjdzie się z nimi żegnać, a zwłaszcza, gdy się ich żegna, odchodząc w kraje dzikie, między nieucywilizowanych ludzi, ma się takie tęskne uczucie, jakby się opuszczało dom rodzinny i bliskich. Łączy się do tego trochę niepokoju, przez który, sądzę, w ostatniej chwili wyruszenia każdy musi przejść, kto po raz pierwszy podejmuje taką podróż i nie wie, jak sobie da rady z własną karawaną, z ludźmi, których mu przyjdzie spotkać, z trudami i klimatem. Kto nawet u nas, w Europie, wyjeżdża po raz pierwszy w życiu za granicę kraju, ten także nie jest wolny od podobnego niepokoju, a cóż dopiero, gdy idzie o Czarny Ląd, pełen rzeczy i stosunków nieznanych, w którym nie ma się innej nad sobą opieki i pomocy prócz własnej głowy i własnych rąk.

Na szczęście, istnieje pewna — pocieszna, jak dawniej mówiono — zasada. Jest nią czysto nasze i swojskie: „Jakoś to będzie!”. W życiu zwykłym, codziennym, wypływa ona z lekkomyślności i wprost do niej prowadzi, ale w pewnych wyjątkowych razach może się dobrze przygodzić271.

A cóż dopiero mówić o chłopskim przysłowiu: „Raz kozie śmierć”, które w naszej psychologii powszechnej odgrywa większą rolę, niżby się kto mógł spodziewać. Byle je sobie przypomnieć, animusz zaraz rośnie jak na drożdżach, i tak też urósł i nasz, gdy ostateczna nadeszła chwila.

Żegnamy się wreszcie z księżmi i wychodzimy na werandę. Bruno, dozorca karawany, poczyna krzyczeć: „,Aya! Aya!” (żywo). Na ów głos paki podnoszą się na głowy i ruszamy — my naprzód, czarni za nami. Wkrótce karawana wyciąga się na kształt węża i pogrąża się w las palmowy.

Obaj jesteśmy w doskonałych humorach. Każdy z nas mówi sobie:

— Więc podróż naprawdę rozpoczęta, więc zobaczymy nareszcie Czarny Ląd i doświadczymy, jak się podróżuje po Afryce; ujrzymy stepy, dziewicze lasy, wioski murzyńskie ukryte w gąszczach, przypatrzymy się nieznanym ludziom i nieznanemu życiu!

Dla ludzi mających jaką taką żyłkę podróżniczą są to istotnie niemałe ponęty. Łączy się do nich poczucie nieograniczonej swobody. Bo przecie, minąwszy Bagamoyo, będziemy już tylko na Bożej i własnej woli — i na koniec, poczucie władzy. Przyjemność, jaka płynie z tego ostatniego poczucia, była dla nas czymś tak niespodzianym, że nie od razu umieliśmy ją uświadomić. Jednakże tak jest! Życie ucywilizowane pochłania i niezmiernie wydelikaca tę chęć władzy, ale drzemie ona w duszy i budzi się przy pierwszej sposobności, a gdy się rozbudzi, człowiek najbardziej wykwintny, największy sceptyk i pesymista, czuje, że woli rozkazywać, choćby pod równikiem, w jakiej lichej wiosce murzyńskiej, niż słuchać w najwspanialszym z miast Europy. Taka jest natura ludzka.

Po pół godziny drogi mijamy ostatnie domy Bagamoyo. Jest godzina ósma rano, albowiem jakkolwiek wstaliśmy bardzo wcześnie, marudziliśmy nieco przy śniadaniu i wyczekiwali na owego młodego porucznika, który miał nas odprowadzić do Kingani. Dopiero w ostatniej chwili przysłał on nam dwóch czarnych żołnierzy i wiadomość, że z powodów służbowych musi pozostać w Bagamoyo. Upał już jest wielki, na niebie ani chmurki, przy ziemi tylko trochę mgły. Wchodzimy na drogę szeroką na metr, wydeptaną w czerwonym gruncie i porośniętą z obu stron chaszczami znacznej wysokości, które tworzą jakby sztuczny, cienisty szpaler. Ale po pewnym czasie kończy się droga i szpaler, a z nimi wszelkie ślady kultury — i poczyna się okolica dzika.

Takie nagle przejścia od cywilizacji do pustynnej głuszy widziałem już swego czasu w południowej Kalifornii, tylko że tam pustynia pokryta jest kaktusami, tu zaś występują trawy, trzciny i krzaki. Idziemy dalej ścieżką nie szerszą nad piędź, wydeptaną przez Murzynów. Siecią takich ścieżek pokryta jest cała Afryka, nawet w najdzikszych swych częściach. Tworzą je karawany, w których ludzie chodzą zawsze jeden za drugim. Trawy wokoło nas są tak bujne, że przenoszą nasz wzrost i chwilami przesłaniają nam widok. W niektórych miejscach zastępuje je jeszcze wyższa trzcina, w innych mimozy chwytające kolcami za ubranie. Oglądam się poza siebie i widzę naprzód kołyszącą się linię pak na głowach czarnych, za nią chaszcze przydrożne, któreśmy już przebyli, w dali, hen, pióropusze palm przy misji, już przysłonięte mgłą oddalenia, a obok nich jakby plamy drgające i świetliste, utworzone przez odbicie się promieni słonecznych od białych domów miasta. Ale wkrótce wszystko to niknie nam z oczu — i gdzie spojrzeć, wszędzie jedno: krzaki i trawy, trawy i krzaki; nad tym kopuła nieba, niezmiernie głęboka i z powodu niskiego horyzontu rozleglejsza niż gdzie indziej. Tu i owdzie na wzniesieniu potężne drzewo stojące samotnie jak nasze maćkowe grusze w polu — i pustka! Nie widać nigdzie roślin wielkolistnych, to jest palm, bambusów i arumów, więc okolica traci charakter podzwrotnikowy i wygląda jak dzikie pastwisko. Próżno upatruję, czy z krzaków nie wychyli się głowa antylopy lub czy chwianie się traw nie zdradzi ucieczki jakiego większego zwierza. Nigdzie nic. Tylko stada drobnych ptasząt przelatują falistym lotem nad rozłogami; czasem przyjdzie powiew i pochyli zieloną ich toń, a ta zamigoce płowo i srebrnie pod słońce — wszędy przestronno i powietrznie. Koloryt okolicy zimniejszy tu niż w Zanzibarze, bo składają się przeważnie na niego dwie barwy: zielona i błękitna. Słońce wybiło się już wysoko i pali niemiłosiernie. Na siatkowych podkoszulkach mamy tylko białe, płócienne katanki; nie niesiemy nic prócz manierek z wodą, lunetek teatralnych i parasolek, bo strzelby niosą za nami Murzyni, a mimo tego jesteśmy zlani potem.