Cienia mało. Schodzimy z wolna coraz niżej, ponieważ zbliżamy się do łożyska Kingani. Kępy trzcin trafiają się coraz częściej, grunt poczyna pachnieć rozgrzanym błotem; wreszcie zatrzymujemy się nad obszerną kałużą, w której ginie nasza ścieżka.
Kilka minut odpoczynku. Kałużę przechodzi się w najszerszym odkrytym miejscu, bo w jedną i drugą stronę ciągnie się ona daleko, tworząc nieprzebyte, porośnięte trzcinami bagnisko. Z brzegu, na którym zatrzymaliśmy się, wygląda ona jak zapadłe jeziorko. Śpiąca woda pokryta jest miejscami rzęsą, miejscami rośliną podobną do naszego grzybienia, o liściach tarczowatych płaskich i prześlicznych liliowych kwiatach, które odbijają się w nieruchomej toni jak w zwierciedle. Po brzegach stoi mur trzcin, między którymi kręcą się ptaki wielkości naszych wróbli, upierzone fioletowo i czerwono. Czasem który usiądzie na smukłym źdźble, a ono ugina się pod nim i kołysze go, przy czym piórka mienią się metalicznie i migocą blaskiem drogich kamieni.
Siadamy na plecy askarisów i przeprawiamy się na drugą stronę. Woda dochodzi im do pasa, ale dno widocznie jest twarde, bo idą z łatwością. Po drugiej stronie ten sam obraz: trawy i trzciny! Jesteśmy już niedaleko Kingani, której wyglądam z niecierpliwością, będzie to bowiem, nie licząc Nilu, pierwsza rzeka afrykańska, jaką zobaczę.
Wchodzimy w trawy jeszcze wyższe, całkiem zasłaniające świat. Dziwi mnie ciągle brak wszelkich zwierząt, ale we dnie, nawet w głębokich lasach afrykańskich, panuje wszędzie takie samo milczenie. Natomiast nocą niebezpiecznie byłoby przechadzać się po tych ścieżkach, choćby w towarzystwie i ze światłem. Lecz oto spotykamy jakieś żywe istoty, bo naprzeciw nadciąga karawana. Dziwny i oryginalny widok. Są w niej sami czarni. Na przedzie idzie Murzyn przybrany jakby w olbrzymią szarą perukę. Jest to przednia część puszystej i grzywiastej skóry pawiana. Murzyni noszą takie skóry na głowach jako strój; wyglądają w nim istotnie malowniczo, ale nadzwyczaj dziko. W obu rękach trzyma ów Murzyn kij rozszczepiony na końcu, z zatkniętym w rozszczepieniu listem. Trzyma go na wysokości twarzy w sposób tak uroczysty, jakby szedł na czele procesji. Przypuszczam, że czyni to tylko ze strachu na widok białych ludzi, wykazując się tym listem jakby paszportem, i że w razie deszczu chowa go jakoś lepiej. Za nim postępuje długim korowodem około osiemdziesięciu lub więcej ludzi niosących kły słoniowe. Niektóre są tak ogromne, że dwóch Murzynów dźwiga jeden. Karawana musi iść z daleka, może aż od Wielkich Jezior, bo ludzie wyglądają inaczej niż nasi, daleko bardziej dziko. Wydają się też niezmiernie lękliwi. Na okrzyk „Nyuma!” (zatrzymaj się!) cała karawana nie tylko się zatrzymuje, ale zeskakuje z wąskiej ścieżki w trawę, czyniąc nam wolne przejście i zachowując postawy pełne bojaźni i uszanowania. Być może zresztą, że gdyby spotkanie nastąpiło dalej, np. o jaki miesiąc drogi od Bagamoyo, nie okazaliby tyle grzeczności.
Przechodzimy z wolna, przypatrując się im ciekawie. Jest kilku przybranych w takie same wspaniałe skóry pawianów jak i przewodnik; inni prawie nadzy, mają kawałki drzewa lub słoniowej kości w nozdrzach, uszach, wargach. Bierze nas ochota kupić parę takich małpich peruk. Ale nie ma możności: naszych perkalów, dopiero co zapakowanych, nie opłaci się odpakowywać, pieniędzy ze sobą nie mamy, a gdybyśmy wzięli skóry na kwitek od misjonarzy, u których została nasza gotowizna272, czarni sądziliby, że im je po prostu odebrano. Mówiąc nawiasem, była to jedyna sposobność, bo takich pysznych pawianowych grzyw nie mogliśmy znaleźć później nigdzie, ani w karawanach, które spotykaliśmy w dalszym pochodzie, ani u Hindusów w Bagamoyo i Zanzibarze.
Gdym widział tych ludzi, przyszło mi na myśl, że jednak Murzyni afrykańscy stanowią podatny żywioł dla cywilizacji. Dowodem nie tylko powstawanie wielkich państw, jak Uganda i Unyoro, nie tylko rolnictwo, którym od wieków zajmowała się większa część pokoleń, ale także wysoce rozwinięty ich instynkt handlowy.
Całą Afrykę przebiegają karawany czarnych, niosąc nad brzegi kość słoniową, kauczuk, piasek złoty i wszystko mniej więcej, co ląd wydaje. Murzyni nie tylko handlują, ale rozumieją interesa handlowe. Jeśli bronią przejścia przez swoje terytoria, to głównie z obawy, by udział w handlu i korzyści z niego płynące, nie wymknęły się z ich rąk. Podobnego uzdolnienia próżno by szukać u innych nieucywilizowanych ludów. W pospolitej mowie zwiemy Murzynów dzikimi, tak jak mieszkańców wysp Oceanu Spokojnego, Australii lub czerwonoskórych Indian Ameryki. Tymczasem jest między nimi ogromna różnica, bo gdy te ostatnie ludy żyją tylko z żerowania273 i myślistwa, Murzyni tworzą wszędzie mniej lub więcej zorganizowane społeczeństwa rolnicze, pasterskie lub handlowe. Tamci unikają cywilizacji, kryjąc się w głębi lasów i stepów; ci jej szukają, przynosząc na brzegi płody swej ziemi. Tamci od niej giną; ci, dostawszy się w warunki zbyt trudne i złożone, cierpią może w pierwszych pokoleniach, w końcu jednak przyzwyczajają się do niej i uczą się rozszerzać z pomocą jej środków byt własny.
Powiedziałem już wyżej, że nie ma żadnych widoków, by narody europejskie, które dziś dzielą się Afryką, mogły skolonizować ją i pozakładać takie nowe państwa, jak na przykład Stany Zjednoczone Północnej Ameryki. Ale kto wie, czy nie potrafią uczynić tego na współkę z czarnymi. Klimat, który nie dozwala pracować białym ludziom, okaże się nierównie łaskawszym dla mieszańców — być więc może, iż kiedyś, po upływie wielu a wielu lat, powstaną tu państwa Mulatów francuskich, niemieckich i włoskich — państwa związane z metropolią, przystosowujące naszą cywilizację do miejscowych warunków.
W podzwrotnikowej Ameryce klimat nie odpowiadał lepiej białym ludziom niż afrykański, a jednak powstały tam państwa ucywilizowane, których mieszkańcy zdołali się zaaklimatyzować dlatego, że istnieje w nich znaczna domieszka krwi indyjskiej. Może taka będzie przyszłość owych kolonii angielskich, francuskich, włoskich i niemieckich w Afryce. Prawdopodobnie też metropolie potrafią uniknąć niemiłosiernego wyzysku kolonii i wytworzą taki wzajemny stosunek, by obie strony widziały korzyść w związku.
Ale to odległa przyszłość. Tymczasem wracam na ścieżkę wiodącą do Kingani. Dwie do trzech godzin drogi pieszej oddziela Bagamoyo od M’toni, to jest miejsca przeprawy na rzece. Przez cały ten czas nie spotkaliśmy w czasie pochodu ani jednej chaty murzyńskiej. W prawo i lewo, jak okiem sięgnąć, nie było najmniejszego śladu osad ludzkich. Nie wiem, czy tę pustkę należy przypisać niezdrowemu położeniu, czy też niedawnemu panowaniu Arabów i ustawicznym pościgom za niewolnikami; kraina zdaje się zresztą żyzna. Drzew mało; gdzieniegdzie tylko, jak wspomniałem, olbrzymie samotne baobaby patrzą z góry na chwiejne morze traw i chaszczów; natomiast bujniejszej trawy nie widziałem nawet w Nebrasce. Idzie się częstokroć jak korytarzem, nie widząc nic przed sobą; im zaś bliżej rzeki, tym gąszcz większy, bardziej zbity.