Wkrótce na zakręcie rzeki spostrzegliśmy dwie głowy zwrócone ku sobie nozdrzami, zanurzające się i wynurzające co chwila jakby dla zabawy. Przyklęknąwszy, wymierzyłem z największą starannością i pociągnąłem za cyngiel. Tym razem byłem pewny swego strzału, jakkolwiek na razie nie mogłem ocenić jego skutku.

Jakoż w półtorej godziny później, gdyśmy już wrócili do M’toni, Murzyni nasi włóczący się nad rzeką ujrzeli hipopotama toczonego na dół przez wody. Tłumacz Franciszek począł wołać:

Blessé! Blessé!283

I istotnie zwierz musiał być ciężko postrzelony, dobrowolnie bowiem nie schodziłby w dół rzeki właśnie wówczas, gdy wszystkie inne, unikając słonej fali, ciągną w przeciwną stronę. Murzyni śledzili go czas jakiś, idąc brzegiem, dopóki nagła ciemność nie przykryła lądu i rzeki.

Wieczorem brat Oskar przysłał nam z Bagamoyo jeszcze pięciu pagazich i kilka słów pożegnania. Nazajutrz postanowiliśmy do dnia wyruszyć ze względu na wyjątkowo niezdrowe położenie M’toni. Gdyby który z nas dostał febry zaraz na początku podróży, dalszy jej ciąg byłby co najmniej bardzo utrudniony, jeśli nie zupełnie niepodobny.

Zresztą M’toni i jego hipopotamy mogliśmy z łatwością jeszcze odwiedzić po powrocie do Bagamoyo, jest to bowiem zaledwie kilka godzin drogi — i na podobną wycieczkę nie potrzeba najmować karawany. Tymczasem mieliśmy iść w kraje wyższe i zdrowsze, wśród których płynie bystra Wami. Jakoż po źle przespanej z powodu moskitów nocy pożegnaliśmy się z poborcą i przeprawiwszy się na drugi brzeg tą samą żelazną szalupą, ruszyliśmy długim wężem przez błota, trzciny i zarośla w dalszą drogę.

XIV

Wschodnioafrykańskie pomorze. — Rzeki. — Niże rzek. — Roślinność. — Pory roku. — Massika i vouli. — Fauna. — Owady. — Ptaki. — Zwierzęta czworonożne. — Ludzie. — Wioski. — Formy rządu. — Murzyni i Niemcy.

Tak mało obciążałem dotychczas moje opowiadanie geografią, że obecnie pozwolę sobie powiedzieć kilka słów o tej części Afryki, choćby dlatego, by dalszy ciąg mojej wycieczki był dla czytelników zrozumialszy.

Wschodnioafrykańskie posiadłości niemieckie rozciągają się na znacznej części wybrzeża, mniej więcej od 4 do 11 stopnia szerokości południowej. W głębi lądu ograniczają je wielkie jeziora: Nyanza, Tanganajka i Ukerewe, czyli Wiktoria Nyanza. Kraj, mało wyniesiony nad poziom morza u brzegów, wzdyma się ku środkowi we wzgórza, z początku niezbyt wielkie, potem coraz wynioślejsze, aż w końcu spiętrza się w pasma gór, za którymi ciągnie się ku jeziorom obszerna wyżyna stepowa. Pasma owe przerywane, bardzo nieregularne, idą jednak przeważnie z północy na południe i stanowią rozdział wód. Rzeki, biorące początek na zachodnich pochyłościach, toczą się przeważnie do Wielkich Jezior, te zaś od wschodniej ściany zraszają obficie niskie pomorze i wpadają do oceanu. Rzeka Ro-Wouma oddziela na południu posiadłości niemieckie od portugalskiego Mozambiku. Idąc ku północy i pomijając mniejsze spływy, trafiamy pod ósmym stopniem szerokości na znaczniejszą ze wszystkich rzek afrykańsko-niemieckich, Rufidżji. Powstaje ona ze zlewu dwóch innych, noszących nazwy Ulanga i Ruaha. Na utworzonym przez nie międzyrzeczu mieszkają właśnie owi Wahehe, którzy w ostatnich czasach znieśli ekspedycję niemiecką, wysłaną pod wodzą Żelewskiego. Rufidżji jest już wspaniałą, szeroką na kilka tysięcy metrów rzeką, która przy ujściu tworzy obszerną błotnistą deltę, nieustępującą pod względem żyzności nilowej. Kingani i Wami, między którymi przebyłem kilka tygodni, są daleko od Rufidżji mniejsze. Można by je nazwać siostrami, obie bowiem biorą początek na wschodnich stokach gór Usagara i zbliżając się coraz bardziej do siebie, wpadają do oceanu naprzeciw Zanzibaru. Wyżej nad nimi jest jeszcze rzeka Pangani, która wypływa z gór Kilimandżaro i w górnym swym biegu odgranicza posiadłości niemieckie od angielskich.