Oto i lista skończona. Góry, w których powyższe rzeki biorą początek, zatrzymują wiatry wiejące od oceanu i przeciążone wilgocią. Z tego powodu wyższe czuby są prawie ustawicznie pokryte mgłą i chmurami, stąd także powstaje nagła i wielka różnica między dalszym płaskowzgórzem, które ma klimat suchy, a pomorzem, na którym padają dżdże tak obfite, że roczny opad wynosi, według Reclusa284, przeszło trzy metry. Ponieważ wiatry wiejące na pomorzu przychodzą przeważnie z rozgrzanych przez słońce równikowych przestrzeni oceanu, przeto wschodnie wybrzeże ma klimat bardzo gorący, gorętszy o cztery stopnie od położonych pod tą samą szerokością brzegów nadatlantyckich. W owym gorącu i wilgoci życie roślinne rozwija się potężnie. Kraina należy do najżyźniejszych na świecie. W Zanzibarze maniok daje cztery zbiory do roku, na stałym zaś lądzie plantacje drzew kawowych, bawełnianych, chinowych i rozmaitych innych udają się wybornie. Niże rzek pokryte są po największej części dziewiczymi lasami, wśród których znajduje się w obfitości drzewo kauczukowe. Sykomory, tamaryszki, olbrzymie enforbie, akacje, mimozy, drzewa kalebasowe i baobaby, wznoszące się nad gęstwiną chaszczów i traw, ocieniają, jak okiem sięgnąć, całą krainę. Niż rzeki Rufidżji ma być pokryty zbitym lasem, przez który nawet siekierą trudno sobie utorować drogę, drzewa bowiem i zarośla powiązane są jeszcze lianami, dochodzącymi czasem do grubości uda ludzkiego. Niektóre wioski, przez które zdarzyło mi się przechodzić, toną tak dalece w gąszczu drzew i zarośli, że o kilkanaście kroków od wejścia nie można się jeszcze domyślać mieszkali ludzkich, chyba że je zdradzi zapach dymu lub widok czarnych, wybiegających na przyjęcie białego gościa. W niektórych miejscach dżungle są wprost nie do przebycia. Trawy dochodzą do czterech metrów wysokości i przesłaniają całkiem świat.
Brzegi Kingani, w tym zwłaszcza miejscu, gdzieśmy ją przebyli po raz pierwszy, są wyjątkowo smutne — w ogóle jednak widok kraju jest wesoły, zwłaszcza gdy dojdzie się do pierwszych wzgórz, z których oko obejmuje szerokie przestrzenie. Widzisz wówczas pod sobą morze drzew, traw i kwiatów. Niektóre drzewa obsypane są kwieciem czerwonym, inne białym lub lila, a na tle ciemnej zieloności lub w przeciwstawieniu do prawie całkiem czarnych cieniów, rzucanych przez konary na podłoże, każda barwa wydaje się żywszą i jaskrawszą. Nad drzewami roje kolorowych ptaków o piórach zmatowanych jak aksamit albo połyskujących jak metal. Wszędzie pełno dziwnych nawoływań podobnych do głosów ludzkich lub miauczenia kotów. Powietrze przesycone mnóstwem upajających zapachów, które przepływają jak strumienie na tle ogólnej woni wilgotnych traw przygrzanych słońcem. Dalsze przedmioty mało tu przesłonięte są mgłą oddalenia, w której u nas zanurzają się jakby w subtelnej, błękitnej kąpieli. Tu, jak już wspomniałem przy opisie Kingani, wszystko jest wyraźniejsze, a głębie przestrzeni, zapewne z powodu kryształków wilgoci zawieszonych w powietrzu, daleko przezroczystsze.
Dwie są pory dżdżyste w tych krajach. Jedna, zwana massiką, zapowiada się przerywanymi dżdżami już w lutym, a poczyna się na dobre w pierwszych dniach kwietnia i trwa dwa miesiące; druga, zwana vouli, panuje od października do końca roku. Ale i wówczas niebo nie zaciąga się na stale szarą oponą; raczej wiatr żenie zawalne, nabrzękłe dżdżem chmury, które uderzając wzajem o siebie, pękają na kształt beczek z wodą i zatapiają ziemię ulewą. Lecz w przerwach między ulewami przychodzi co chwila jasność słoneczna, rozświeca zmoczoną okolicę i rozbłyskuje w tysiącznych kroplach rosy. Jest to pora najbujniejszego wzrostu traw, trzcin i dżungli. Kraj napełnia się kałużami, rzeki wzbierają; błota — takie na przykład, jakie przechodziłem nad Kingani — zmieniają się w nieprzejrzane jeziora. Ruch karawanowy ustaje, bo gdy i ścieżki rozmiękną, nie masz nigdzie drogi możliwej. Czarni zamykają się w chatach; na polach panuje cisza przerywana jeno pluskaniem dżdżu po kałużach i jeziorkach. Cała kraina staje się państwem nawałnic, wody i febry.
Dopiero gdy deszcze ustaną, wszystko budzi się do życia. Kobiety wychodzą z motykami w pole, mężczyźni wyganiają trzody na wyżyny; ścieżki czernią się od karawan ciągnących z głębi ku pomorzu lub z pomorza ku Wielkim Nyanzom i niosących kły słoniowe, perkale, paciorki, skóry, słowem wszystko, na czym polega handel Czarnego Lądu.
Oczywiście, że kraina tak bujna musi posiadać odpowiednią faunę. W wilgoci i gorącu rozwielmożnia się przede wszystkim świat owadów. Opisywałem już ów obiad w Bagamoyo, w czasie którego ćmy i żuki najrozmaitszych kształtów i wymiarów biły o nasze twarze, a muchy i komary wpadały tuzinami do naszych kieliszków. Co do moskitów, i w Zanzibarze, i na pomorzu są one bardzo dokuczliwe, nie stanowią wszakże takiej plagi, jak w niektórych krajach południowej Ameryki.
Spędziliśmy jednak kilka tygodni pod namiotem; przychodziło nam często, tak jak nad Kingani, nocować nad brzegami rzek, w pobliżu błot i kałuż; cierpieliśmy porządnie, ale nie dochodziliśmy do rozpaczy ani też nie dostawaliśmy od ukąszeń „komarowej gorączki”, jakiej dostaje się nieodmiennie w Panamie lub niżej, nad brzegami Orinoko i innych rzek amerykańskich. Żeglując po afrykańskich, trzeba się raczej wystrzegać os, o których tyle powiada Stanley i których gniazda zwieszają się na kształt wielkich bibulastych róż nad wodą. Kto nie chce mieć skóry wyprawionej w jednej chwili na jaszczur, ten musi starannie omijać podobne róże, mające więcej kolców od naturalnych.
Skorpionów spotykaliśmy dużo. Nieraz na postojach trafiało się mnie lub memu towarzyszowi wkręcać w ziemię napiętkami butów nader okazale figury, wcale nie mniejsze, a dwa razy grubsze od krewetów285, jakie się jada nad morzem. W ogóle niebezpiecznie jest tu siadać na trawie, na pniach drzewnych lub na kamieniach, nie opatrzywszy wprzód starannie miejsca. Kto siada zbyt prędko, temu może się przygodzić286, że zerwie się jeszcze prędzej. Z tym wszystkim nie zdarzyło się ani razu, żeby który z nas lub z naszych ludzi, którzy sypiali wprost na trawie, został ukąszony; jest to więc niebezpieczeństwo, od którego łatwo się uchronić.
Prawdziwą plagą Afryki są mrówki i termity. W głębi kraju spotykaliśmy co chwila wysokie na kilka metrów kopce termitów. Czasem na ścieżkach wśród traw przechodziliśmy przez całe wojska mrówek, którym także milsza jest wydeptana droga od zarośniętej. Dla nas, przybranych w trzewiki i skórzane nagolenniki, nie przedstawiało to wielkiej trudności, ale Murzyni nasi, ćwiczeni po bosych nogach, wyprawiali takie skoki, że każdy szympans mógłby im pozazdrościć. Mrówki są tu wszędzie, wnikają wszędzie, gryzą ludzi, drzewa, domy, trawy, objadają z mięsa zabite lub zdechłe stworzenia, wojują z każdą żywą istotą i wytępiają się same między sobą. Maleńka biała mrówka drąży ściany; wielka czerwona kąsa jak pies, pozostawiając nadto bolesne, długo niegojące się bąble; wielka czarna współzawodniczy z nią w kąsaniu. Obie włażą na drzewa i — wedle tego, com słyszał i czytał — spadają na kształt siarczystego dżdżu na przechodzących ludzi. Na szczęście, o tym ich zwyczaju mówię tylko na wiarę innych podróżników, głównie zaś Stanleya, i miło mi, że mogę powołać się w tym względzie na cudze, nie własne świadectwo.
Dla wszelkiego rodzaju zapasów żywności najniebezpieczniejsze są małe czarne mrówki. Budząc się rano pod namiotem, znajdowaliśmy szyjki naszych butelek z winem i manierek całkowicie przez nie oblepione. Miałki cukier, mimo iż zamykaliśmy go nader starannie w blaszanej puszce, stał się w końcu, jak mówią Anglicy, half and half (pół na pół). Z początku staraliśmy się wygarniać mrówki, słodząc kawę lub herbatę, później stało się to zupełnym niepodobieństwem. Gryzły one nasze suchary, ze szczególniejszą zaś zaciekłością cisnęły się do ekstraktu mlecznego Liebiga. Musieliśmy przy otwarciu puszki przelewać mozolnie zawartość do butelek i korkować szczelnie, mimo tego na każdym korku zbierały się góry tych owadów.
Kąpiąc się w kałużach przy wsiach murzyńskich, spostrzegałem często na liściach nadwodnych lub na brzegu rodzaj liszek287, długich, jak wskazujący palec, z wierzchu całkiem czarnych, spodem opatrzonych mnóstwem nóg żółtej barwy. Napełniały mnie one wstrętem i obawą, brałem je bowiem za stonogi, o których jadowitości opowiadano mi po misjach. Później jednak widziałem, jak nasi ludzie zgarniali ręką z karku te robaki i ciskali je w wodę bez jakiejkolwiek dla siebie szkody.