Murzyni, których bawi strzelanina, a którzy posiadają w ogóle wzrok niezmiernie bystry, pokazywali nam co chwila nowe ptaki, wołając: „Ndege! Ndege!” (ptak). Zdaje się, że tym mianem oznaczają wszystkie skrzydlate istoty.
Do najpiękniejszych ptaków w tej części Afryki należą tak zwane przez misjonarzy „wdowy”. Drobne ich ciało okryte jest pierzem czarnym, połyskliwym, natomiast główka, gardło, grzbiet i długie zwieszone piórka w ogonie mienią się wszystkimi barwami drogich kamieni i ptaszyna wygląda coraz inaczej, stosownie do tego, jak na nią pada światło. Papugi zielone, zwłaszcza tak zwane nierozdzielne, są tu bardzo pospolite; szare, z czerwonymi głowami, widziałem tylko w stanie swojskim, pochodzą one bowiem z okolic bliższych Wielkim Jeziorom. Zarośla roją się od ptaków podobnych do naszych sójek i krasek, o piórach przeważnie błękitnych; koło wioski zdarzyło mi się strzelać biało-ceglaste gołębie, tak małe jak nasze dzierlatki. Nieznanych w nauce gatunków jest tu jeszcze mnóstwo, na dowód czego mógłbym przytoczyć, że z egzemplarzy przywiezionych przez mego towarzysza ornitolodzy zaledwie kilka umieli nazwać.
A ileż dopiero musi być takich, o których nikt nie słyszał, między owym drobiazgiem kręcącym się w trawach, oczeretach i głębiach zarośli. Są kraje śliczne, jak na przykład Riwiera Włoska, które jednak po dłuższym pobycie sprawiają smutne wrażenie z powodu zupełnego braku ptaków. Afryka, a przynajmniej ta jej część, o której mówię, na ich brak uskarżać się nie może. Jej lasy, gaje i stepy żyją; wzrok podróżnego spostrzega wszędzie ruch i kolory, a uszy napełniają się świegotem i pokrzykiwaniem, którymi kraj brzmi od rana do wieczora.
Przechodzę do zwierząt ssących. W pochodach mało się ich widuje. Murzyni ciągną długim sznurem, to śpiewając, to nawołując się wzajemnie, i płoszą wszystko, co się znajduje na drodze. Zresztą wszelki zwierz unika i tak ścieżek, którymi ciągną karawany. Chcąc polować, należy rozbić namiot gdzieś przy wodzie, z dala od dróg i wiosek, w okolicy pustej, lesistej i stać na miejscu przez kilka tygodni. Wówczas dopiero nabiera się przekonania, że cały ten kraj wygląda jak olbrzymi ogród zoologiczny. Jednakże niektóre gatunki, zbyt natarczywie przez ludzi ścigane, cofnęły się od wybrzeża w niedostępne głębie środkowych lasów. Słoni, których całe stada żyją jeszcze na stokach Kilimandżaro, nie ma wcale w okolicach przyległych do oceanu. Bawołu nie spotkaliśmy ani jednego, może z tej przyczyny, że w tym właśnie czasie wyniszczyła je jakoby zupełnie epidemia. Zresztą jest to zwierz dość jeszcze pospolity. Tylko hipopotamom dobrze zawsze na pomorzu, toteż zamieszkują setkami wszystkie rzeki, kąpiąc się i igrając cały dzień, a wychodząc na żer w nocy. Murzyni mało na nie polują. Ze skóry hipopotamów robią wprawdzie w Zanzibarze laski, kły zastępują poniekąd do wyrobów kość słoniową, nie są to jednak artykuły zbyt poszukiwane w handlu i z tego powodu zwierz mało tępiony rośnie i mnoży się w spokoju. Czasem w chwilach złego humoru przewraca jaką pirogę murzyńską i przecina kłami czarnych, ale najczęściej ukryty pod wodą puszcza sobie wesoło nosem bańki i fontanny, bardzo ze swego losu zadowolony. Na stepach i na podgórzach mieszkają liczne gatunki antylop. Z tych antylopa-krowa przechodzi wielkością naszego łosia. Uzbrojona jest w potężne rogi skręcone przy nasadzie jak śruba, dalej proste. Na polowaniach może być niebezpieczna, ranna bowiem rzuca się na strzelca. Na nieszczęście dla siebie, zatrzymuje się przed nim na pięć lub sześć kroków, aby się oddać zdumieniu — zapewne nad własną odwagą. Wówczas należy jej koniecznie w łeb strzelić, inaczej bowiem rzuca się powtórnie i nadziewa myśliwca292 na rogi.
Najniebezpieczniejszym jednak, nie licząc słonia, jest afrykański bawół (Bos cafer); uderza on częstokroć na człowieka, nawet niezaczepiony; Czasem atakuje całe karawany, powodując w nich niesłychane zamieszanie. Serpa Pinto293 pisze, że w niektórych częściach Afryki ścieżki karawanowe są usiane mogiłami ludzi zabitych przez bawoły.
Nosorożec jest także swego rodzaju paliwodą294, choć ostatecznie, mimo ogromu i siły, jest to figura humorystyczna, wygląda bowiem jakby miał szlafrok na wyrost i jakby go opadały pewne poniżej leżące części ubrania. Ta ostatnia okoliczność tamuje jego ruchy. Po pierwszym strzale ratuje się ucieczką, po czym rzuca się nagle i zapalczywie na napastników, ale z powodu przyrodzonej głupoty atakuje pierwszy lepszy przedmiot. Kamień, termitiera, krzak, drzewo — wszystko mu jedno: co na placu, to nieprzyjaciel! Nosorożce trzymają się zawsze z dala od ścieżek i w ogóle rzadkie są już na pomorzu, a raczej są tylko przechodnie, najczęściej stare samce, które wskutek nieporozumień domowych zmuszone zostały szukać sobie spokoju z tej strony gór.
Wracając do antylop, prócz owej wielkiej, o której wspomniałem, żyje antylopa bejsa, dochodząca do rozmiarów naszych jeleni. Antylopy skoczki przebiegają stepy w stadach po kilkanaście sztuk. Nazwę swą zawdzięczają temu, że pasąc się, podskakują ustawicznie, jakby podrzucane sprężyną. Najpospolitszą jest antylopa gnu, mająca kształty konia, a głowę byka. Jest to zwierzę z pozoru dość straszne, o dzikim spojrzeniu i strasznym łbie, w rzeczywistości jednak łagodne i płochliwe. Istnieje również gatunek antylop spędzających większą część życia w wodzie. Na koniec w lasach leżących w pobliżu jezior żyje antylopa karłowata (nanstragus), prawdziwa miniaturka w rodzaju antylop, smukła, zgrabna, nie większa od pokojowego pieska. Była ona niegdyś pospolitą i w Zanzibarze.
Na północ od rzeki Kingani, niedaleko od ujścia, widziałem na błotach, przez które wypadło mi przechodzić, ślady całych stad zebr. Czasem w pochodach Murzyni pokazują na odległych wzgórzach coś, co z dala, w słońcu, podobne jest do suchych, obnażonych z kory i liści drzew. Gdy jednak karawana zbliży się na wiorstę295 lub więcej, mniemane one drzewa zaczynają się kołysać, poruszać i w krotce giną między gajami akacji. Są to żyrafy. Rzadko spotyka się je pojedynczo, najczęściej po kilka lub kilkanaście sztuk. Odznaczają się one wielką czujnością, tak, że łowy na nie liczą tu do najtrudniejszych.
W zwierzęta gryzące ta część Afryki jest dość ubogą. Nie widzieliśmy wcale zajęcy, które, jak słyszałem, są dość liczne w kraju Somali; króliki też nie stanowią tu takiej plagi jak w Australii i w niektórych krajach Ameryki. Naszych wiewiórek nie ma, w lasach natomiast trafiają się oposy i lemury. Ze szczurowatych przywiozłem kilka okazów bardzo ciekawych, które darowano mi w misji Mandera. Są to macrocelides296, szczury, których pyszczek kończy się trąbką. Jeden gatunek o sierści ciemnobrązowej, z trąbką długą na cal, należy podobno do nader rzadkich.
W Zanzibarze, w Bagamoyo i po misjach widywaliśmy wszędy oswojone małpy, sądziłem więc, że jest ich w kraju bardzo wiele, tymczasem w czasie całej naszej wycieczki w głębi, trwającej jednak parę tygodni, nie spotkaliśmy żadnej. Natomiast, gdy po nocach przesiadywałem, wedle mego zwyczaju, przed namiotem, wsłuchując się w głosy okoliczne, dochodziło mnie częstokroć z zarośli jakby przytłumione szczekanie. Murzyni zapytywani, co by za zwierz odzywał się takim głosem, odpowiadali stale: „Kima” (małpa). Misjonarze w Manderze potwierdzili również, że istnieje w tych stronach pewien gatunek szczekającej małpy, trzyma ona się jednak w głębokich gąszczach, zupełnie niedostępnych, wskutek czego można długo mieszkać w kraju i nie zobaczyć ani jednego egzemplarza. Przypuszczam na swoją rękę, że może to być zwierzę nocne tak jak lemury.