Prawdopodobnym jest, że i inne gatunki ukrywają się w gąszczach, chroniąc się w ten sposób przed upałem i przed ludźmi; w ogóle nie musi ich być na pomorzu wiele, skoro nie spotkaliśmy żadnej, nawet wówczas, gdyśmy dla polowania schodzili z utartych ścieżek i na kilka dni pogrążali się w zarośla i step zupełnie dziki. Być może, iż wdzięczna małpeczka Colobus kirkii297, która wyginęła już całkowicie w Zanzibarze, znajduje się jeszcze na przyległym wybrzeżu stałego lądu, ale prawdziwie małpie kraje zaczynają się dopiero za górami, na wyżynie i wedle Wielkich Jezior.
Lew bywał niegdyś tak pospolity na całym wybrzeżu wschodnioafrykańskim, że, jak pisze Reclus, całe wioski musiały się przenosić, by uniknąć zbyt licznego i niebezpiecznego sąsiedztwa. Dziś trafia się jeszcze, ale nie tak często. O jednym, który w czasie naszego pobytu w Zanzibarze podbierał osły w Bagamoyo, wspominałem już poprzednio. Ojciec Stefan opowiadał mi też o wypadku, jaki zdarzył się pewnemu botanikowi w samym ogrodzie misyjnym. Zastrzeliwszy kukułkę na palmie, wczołgał się ów botanik w rosnące pod drzewem krzaki, by odnaleźć swą zwierzynę, gdy nagle ujrzał przed sobą ogromną grzywiastą głowę lwa, który widocznie przebudził się z poobiedniej drzemki. Botanik zdrętwiał, lew również. Ale władcy zwierząt przyszło prawdopodobnie na myśl, że istota, która sobie tak włazi na czworakach do jego komyszy, musi być wyjątkowo pewna siebie, dał więc susa w tył i pierzchnął; w ten sposób spotkanie nie doprowadziło do bliższej znajomości.
W ogóle jednak spotkanie lwa, również jak i innych drapieżnych, przy świetle słonecznym należy do wyjątkowych zdarzeń. W Afryce jest tak: w dzień można wszędy chodzić, w nocy nigdzie, nawet po własnym ogrodzie, o ile nie jest otoczony wysoką palisadą. Ja i mój towarzysz słyszeliśmy ryk lampartów w wielkim sadzie kokosowym misji w Bagamoyro, a po naszym wyjeździe pantera rozdarła tam psa tuż przy kaplicy, o kilkadziesiąt kroków od domu. Za to w czasie całej podróży raz tylko, w czasie noclegu w Gugurumu, słyszałem stękanie lwa. Wszystkie drapieżne, jako to: lwy, pantery, lamparty, serwale298, hieny itp., kryją się podczas dnia w gęstwinach, przez które same tylko umieją się przedrzeć wśród lianów, krzów, zarośli i korzeni drzew, niskimi przechodami mającymi kształt ciemnych korytarzyków. W nocy wszystko to wychodzi na żer. Murzyni powiadają, że światło nie bardzo je odstrasza. Być może, że tylko z tej przyczyny karawany nie podróżują nocami — inaczej bowiem przy świetle księżyca nietrudno by było trzymać się ścieżki, a pochód w ciemnościach przyjemniejszy byłby niż pod spiekotą słoneczną.
Na koniec kilka słów o ludziach. Mieszkańcy tych stron należą wszyscy do ogromnego szczepu Bantu, zamieszkującego Afrykę niemal od równika aż do ostatnich południowych jej krańców. W samych posiadłościach niemieckich dzielą się oni na liczne narody i narodziki, wielce od siebie różne pod względem uobyczajenia, a nawet i języka, jakkolwiek przypuszczam, iż wszystkie owe narzecza wywodzą się od jakiegoś dawniejszego wspólnego języka Bantu, między wszystkimi bowiem istnieją obok różnic i cechy wspólne, które owo przypuszczenie potwierdzają. Wszędzie niemal zgłoska „U” oznacza kraj, „Ma” lub „Wa” liczbę mnogą, a stąd ludzi danego kraju. Mówi się zatem: Uhehe i Wahehe, Usagara i Wasagara, Uganda i Waganda, Uhenge i Wahenge. W języku ki-suahili, którym mówią w Zanzibarze, istnieją zupełnie te same formy. Oczywiście, nie jest to reguła bez wyjątku, często zatem nazwa kraju oznacza zarazem i ludzi lub odwrotnie. Najbardziej rozpowszechniony jest język ki-suahili. Gdzie tylko dochodzą drogi karawanowe, tam można się nim rozmówić. Mówią nim ludzie jeszcze za jeziorami i wzdłuż biegu rzeki Kongo, prawie aż do oceanu Atlantyckiego. Cust299 liczy ten język do dwunastu najwięcej rozszerzonych na świecie.
Mieszkańcy pomorza, aż do gór stanowiących rozdział wód między jeziorami i oceanem, zajmują się przeważnie rolnictwem. Uprawiają głównie maniok, którego korzenie dają wyborną mąkę, ryż i sorgo, rodzaj prosa. Z drugiej strony gór, na stepowym płaskowzgórzu, mieszkają ludy pasterskie, między którymi najpotężniejsi są Massai. Ludzie z samego pobrzeża, czyli Suahili, zajmowali się od najdawniejszych czasów handlem. Oni to sami lub pod wodzą Arabów zapuszczali się do Wielkich Jezior — oni osiedlili wyspy: Mafię, Zanzibar i Pembę. W Zanzibarze pomieszali się naprzód zapewne z jakimiś pierwotnymi mieszkańcami, którzy w nich wsiąkli bez śladu, następnie z mieszkańcami wysp Komorn, Seszelów i z Arabami. Język ich pod wpływem tych obcych pierwiastków zmienił się nieco, nasiąknął zwłaszcza wyrazami arabskimi, nie tylko jednak mowie arabskiej nie ustąpił, ale ją zatopił do tego stopnia, że sami Arabowie w stosunkach z Hindusami, Malgaszami, Somalisami, a nawet Europejczykami używają tylko języka ki-suahili.
Ciż Suahili, przyjąwszy od Arabów mahometanizm, rozszerzyli go w pobrzeżnych krajach Uzaramo, Usigua i Usambara. Dalsze ludy żyją w fetyszyzmie300. Uobyczajenie ich jest zależne od tego, czy siedzą bliżej lub dalej — nie od wybrzeża, ale od dróg karawanowych. Są miejscowości bardzo odległe, w których mieszkańcy noszą tkaniny europejskie, żyją w porządnych wioskach i nie zdumiewają się na widok białych ludzi; trafiają się znów wioski leżące niedaleko od wybrzeża, ale na uboczu, wśród lasów, zupełnie dzikie, gdzie Murzyn chodzi nago lub pokrywa nagość za pomocą traw, nosi pelele, tj. kawałki drzewa w wargach, żyje w szałasach i umyka, jak dzikie zwierzę w gęstwinę na wieść o zbliżaniu się obcych.
Podobne różnice mogą zachodzić w jednym i tym samym narodzie. Na przykład Murzyni z Uzaramo, żyjący w bezpośrednim sąsiedztwie z Bagamoyo i Dar-es-Salam, są ludźmi tak ucywilizowanymi, jak Zanzibaryci — dalsi zaś, siedzący w rozmaitych zapadłych kątach, między mniejszymi przytokami Kingani, żyją dawnym pierwotnym życiem. Kto sobie przypomni, że i u nas, w takiej na przykład Puszczy Białowieskiej, można znaleźć ludzi, którzy nigdy nie wychylili się z lasów i prócz własnej parafii nie widzieli innego miasteczka, ten łatwo zrozumie, że podobne stosunki mogą mieć tym bardziej miejsce w Afryce.
Wsie, które widziałem, budowane są po największej części w ten sposób, że chaty otaczają obszerny majdan301 wyskubany z trawy i dobrze udeptany. Chata królewska, większa od innych, stoi często na środku majdanu pod obszernym drzewem, pod którym odbywają palawery, to jest narady starszyzny. W posiadłościach niemieckich zwyczaj ten ustał siłą rzeczy, dawniej jednak w każdej osadzie trzeba było spędzać całe godziny na układach o pozwolenie przejścia terytorium i o okup (hongo), który królikowie nakładali na karawany.
Chaty są lepione z gliny i chrustu, zawsze okrągłe, ze spiczastym trzcinowym dachem, który schodzi nisko i mocno wystaje nad ścianę w tym celu, by stanowił ochronę przed słońcem. W chatach nie ma nic prócz glinianych naczyń do wody i łóżek. Łóżko (kitanda) składa się z drewnianej ramy, wspartej na czterech patykach, wyplatanej na ukos wąskimi paskami skóry. Gdy się przychodzi do wsi, czarni wynoszą zaraz takie kitandy i sadzają na nich białych podróżnych, następnie przynoszą w darze jaja, czasem kury lub kozy. Oczywiście, za te podarki trzeba umieć okazać wdzięczność, wskutek której zapasy amerikani (perkalów) i hindustani (chustek indyjskich) zmniejszają się raptownie.
Naczynia gliniane, tam, gdzie mi się zdarzyło je widzieć, nie mają żadnych osobliwych rysunków, ornamentów, słowem, nie odznaczają się niczym. W wioskach pogrążonych w fetyszyzmie dziwił mnie także brak bożków wyrobionych z drzewa, gliny lub kości słoniowej. Amulety noszą prawie wszyscy — i amuletem jest byle co: ząb krokodyla, pazur lamparta, birka302 drewniana, często krzyżyk. Gdy Murzyn nosi krzyż na piersiach, nie zawsze znaczy to, by był chrześcijaninem: uważa on go po prostu za potężny ochronny amulet białych, którym się zabezpiecza od uroków i złych postronnych wpływów.