Broń stanowią łuki, dziryty i noże. Kształty ich bywają najrozmaitsze, i tak np. łuki narodu Mafiti są wielkości człowieka, tarcze zaś ze lwiej skóry mają metr długości. Dziryty najczęściej kończą się niewielkim i wąskim ostrzem, ale u Massai ostrza są wyjątkowo ogromne i wyglądają jak obosieczne kosy osadzone sztorcem na drągach. W ogóle broń we wszystkich narodach ze szczepu Bantu nie da się porównać z przepysznymi wyrobami Somalisów, których włócznie, tarcze ze skóry hipopotama, a zwłaszcza noże mogą stanowić ozdobę każdego muzeum.
A jednak narody objęte dzisiejszymi posiadłościami niemieckimi odznaczały się wielką wojowniczością, a niektóre, jak np. Ma-Konda i Wahehe, zamieszkali na południu, odznaczają się nią dziś jeszcze; również mieszkańcy kraju Ugogo, leżącego z tamtej strony gór Uzagara, i najwaleczniejsze ze wszystkich północne pokolenia Massai. Niemcom nieraz jeszcze wypada poskramiać wojenne humory rozmaitych pokoleń, co zresztą wychodzi na korzyść plemion spokojniejszych i mniej licznych, nad którymi groźni sąsiedzi znęcali się dawniej bez litości.
Formy rządu są najrozmaitsze. Oczywiście dla wszystkich pokoleń biały M’buana kuba z Bagamoyo jest władcą, którego, zależnie od jego osobistego uroku, mniej więcej się boją i mniej więcej uznają. Dla odleglejszych jednak pokoleń jest on poniekąd istotą mityczną, wskutek czego zrywają się tam od czasu do czasu między miejscowymi królikami wojenne wichury. Królikowie owi rządzą czasem nieograniczenie, czasem ze współudziałem starszyzny. Są jednak narody, w których władza monarchiczna nie jest znaną i do takich należą potężni Massai. Ci żyją życiem klanowym i tylko w razie wojny wybierają między najsłynniejszymi wojownikami wodza, który czasowo sprawuje władzę dyktatorską. W innych narodzikach, bardzo rozdrobnionych, każda wioska ma swego króla, który w stosunku do władzy niemieckiej gra taką rolę, jak u nas wójt w stosunku do administracji.
Wszystko to jednak, od czasu zagarnięcia kraju przez Niemców, rozprzęga się, zmienia i przerabia na inną modłę. Misje przyczyniają się w równym stopniu do tych zmian, które ogólnie biorąc wychodzą na korzyść czarnym. Dawniej gnębili ich właśni królikowie, wycinali ich w pień potężniejsi sąsiedzi, zagarniali w niewolę Arabowie. Nigdzie zdanie: że najszczęśliwsze są te narody, które nie mają historii — nie okazało się większym fałszem. Cała ta kraina była jedną gehenną cierpień, krwi i łez ludzkich. Człowiek był literalnie człowiekowi wilkiem, bo go pożerał. Dziś to ustało wszędzie, dokąd dosięgnęła ręka i energia niemiecka. Dziś taki nasz przyjaciel, jegomość Muene-Pira, jeśli czasem skosztuje jeszcze ludzkiego befsztyku, to czyni to rzadko i w największej tajemnicy, po czym, dręczony niepokojem, wysyła na wszelki wypadek krowę w podarunku do Bagamoyo. Przed kilkunastu jeszcze laty przyjmował on bezbronnego ojca Stefana, przewracając dziko oczyma i przysuwając dzidę do jego piersi; dziś staruszek na widok dwóch białych przestępuje z nogi na nogę, śmieje się, znosi pombe, miód leśny i dopiero upewniwszy się, że to nie Niemcy przyszli do niego w gości, powie pod namiotem z tajemniczą miną: „Daki akuna msuri! akuna msuri!” (Niemcy niedobrzy, niedobrzy!).
Nie bierze jednak w rachubę tego, że gdyby nie sąsiedztwo o parę dni drogi od Bagamoyo, to by może jego kości już dawno hieny rozniosły po polach, albowiem i on sam, i jego wierni poddani są ostatnim szczątkiem licznego niegdyś narodu Udoe, który przed niewielu laty został rozbity w zawierusze wojennej, wytępiony, pozjadany lub zaprzedany w niewolę.
XV
Dalszy pochód. — Porządek pochodu. — Suchy step. — Kikoka. — Kałuża z wodą. — Madi-bunduki. — Południe. — Koloryt kraju. — Tukany. — M’sa. — Wioska. — Zarząd zapasami. — Pierwszy królik. — Wzajemne podarunki. — Nasi ludzie. — Dzieci po wsiach. — Chaty. — Pogoda.
Dzień jasny i pogodny. Od strony oceanu stado rozdartych, wystrzępionych chmurek, jakby kto porozwieszał na niebie pierzaste liście palmowe, zresztą błękit przeczysty i głęboki. Odesławszy dwóch pożyczonych askarisów i przeprawiwszy się przez Kingani, zanurzamy się w las trzcin i chaszczów. Ścieżka wąska, miejscami błotnista. Obok, tu i owdzie, kałuże lub doły pełne cuchnącego nawozem i surowizną błota rozrobionego nogami hipopotamów.
Idziemy w następnym porządku: naprzód mały Tomasz z dwoma aparatami fotograficznymi na głowie, za nim my, potem Murzyni niosący nasze strzelby, reszta zaś pagazich rozciąga się jak zwykle długim sznurem. Często nad wysokim oczeretem widać tylko paki chwiejące się na głowach; czasem krze i trzciny zasłaniają zupełnie karawanę, która z powodu trudności drogi rozciąga się coraz bardziej, tak że idący na końcu pozostają o kilkaset kroków za nami. Na okrzyk: „Aya!” — który najbliżsi Murzyni powtarzają skwapliwie, nadając sobie zaraz jakby prawo rozkazywania pozostałymi — wszystko się spieszy, zbiega i czyni łańcuch zwartszy.
Przez pierwsze pół godziny drogi otacza nas gąszcz nadzwyczaj zbity z powodu lianów, które przerzucając się z jednego krzaka na drugi, wiążą je niby tysiącami cieńszych i grubszych powrozów. Błoto jednak staje się coraz mniejsze i suchsze. Widocznie wychodzimy z przestrzeni, które Kingani zalewa w czasie massiki i vouli. Gdzieniegdzie trafiają się już drzewa, których nie widzieliśmy w pobliżu łożyska; z niektórych krzaków zwieszają się owoce wielkości i kształtu naszych dyni. Chaszcze rzedną i rzedną, a na koniec poczyna się step suchy, rozłożysty, na nim rzadkie mimozy, miejscami kępki krzewin obsypanych czerwonym jak krew kwieciem — i trawa w pas.