Naokół nie widać ani zwierząt, ani większych ptaków. Słońce poczyna już dopiekać, ale po stepie przeciąga od czasu do czasu wiatr. Po godzinie drogi przychodzimy do wioski Kikoka i zajmujemy ją z tym większą łatwością, że nie ma w niej żywej duszy. Nic nędzniejszego niepodobna sobie wyobrazić. Jest tu osiem szałasów skleconych z trawy i chrustu, tak niskich, że dochodzą nam zaledwie do pasa. W środku stoi samotne, niezbyt wielkie drzewo mangowe — i oto wszystko. Gdyby nie owo drzewo i gdyby nie łodygi ananasów, niewątpliwie zasadzonych ręką ludzką, można by mniemać, że jest to czasowe obozowisko; ale w dali widać także kilka krzów bananowych, widocznie więc mieszka tu stale jakaś bieda afrykańska, która na wieść o zbliżaniu się białych drapnęła w pobliskie zarośla. Tłumacz Franciszek objaśnia mnie zresztą, że ludzie ci uciekli prawdopodobnie nie przed nami, ale przed ową ekspedycją, która nieco pierwej poszła do kraju Usagara — i że uciekli ze strachu, żeby ich nie wzięto jako tragarzy. Niemcy czynią to często — bo zresztą nie ma innego sposobu; jakkolwiek zaś Murzynom zniewolonym do obowiązku tragarzy płacą sumiennie, ci, bojąc się dalekich wypraw, a przede wszystkim wojny, wolą na samą wieść o wyprawie dawać za każdym razem nurka w nieprzebyte gąszcze, w których przesiadują następnie po kilka tygodni. Na pytanie, dlaczego chaty w Kikoce są tak nędzne, tłumacz odpowiada mi, że mieszka tu le petit monde303. Domyślałem się i sam, że nie grand monde304 — jednakże nie mogłem się niczego więcej dopytać, choć później przekonałem się, że to jest nędza wyjątkowa i że wszystkie inne wioski są nierównie porządniejsze.
Kałuża z wodą do picia znajduje się w Kikoce, natomiast woda w niej trąci utopionym kotem, jest zaś barwy i gęstości czekolady. Błogosławiłem swój pomysł zakupienia i zabrania w drogę kilkudziesięciu butelek wody sodowej. Była ona wprawdzie prawie ciepła, ale przynajmniej nie miała nic wspólnego ani z czekoladą, ani z kotem. Murzyni nasi przyjmowali z wdzięcznością opróżnione butelki, strzelanie zaś korków bawiło ich stale. Stworzyli nawet nazwę na tę wodę, mianowicie zwali ją „madi-bunduki” (woda-strzelba).
Ponieważ jednak na wodzie sodowej nie można gotować, jedliśmy śniadanie zgotowane na miejscowej i to niefiltrowanej. Chcąc nafiltrować dostateczną ilość wody do gotowania, trzeba by temu poświęcić całe godziny, przyszedłszy zaś na postój, chce się człowiekowi jeść prędko i następnie iść spać na czas największego upału. Woda taka, przegotowana, staje się mniej szkodliwą i po jednorazowym lub nawet kilkakrotnym użyciu niekoniecznie prowadzi za sobą dyzenterię — smakuje jednak źle. Nie smakowała nam szczególniej w kawie, która ugotowana na niej, była czarna jak smoła, nawet po dodaniu wyciągu mlecznego.
Godzina jedenasta. Przychodzi owa pora jasnego blasku i milczenia, w której cały świat aż bieleje z żaru. Po śniadaniu idziemy spać w cień drzewa mangowego, którego zbite liście nie przepuszczają ani jednego pasemka światła. Budzimy się przed trzecią rzeźwi, wypoczęci i postanawiamy ruszyć dalej, gdyż w Kikoce nie ma co robić, a oznajmiają nam, że po kilku godzinach trafimy na większą i porządniejszą wioskę, w której są aż dwie kałuże dobrej wody. Uważam z przyjemnością, że ludzie są chętni, bardzo o nas troskliwi i posłuszni na każde skinienie. Po śniadaniu słali nam na wyścigi legowiska z suchych traw pod mangiem, teraz zaś, ledwie przebrzmiała komenda: „Aya!” — kołki namiotu zostały wyrwane, sam namiot zwinięty, paki w mig powiązane palmowymi sznurami — tylko ruszać.
Idziemy stepem. Gorąco jest bardzo, ale świat nie tak już śmiertelnie biały, jak w godzinach południowych. Samo słońce staje się bardziej złote i nasyca złotem przestworze; trawy, krzaki, drzewa i sterczące tu i owdzie kopce termitów są jakby pociągnięte przeźroczystą, bursztynową powłoką, skutkiem czego niebo wydaje się błękitniejsze, a okolica weselsza. Zupełnie nasz gorący letni dzień! W niektórych miejscach wysokie płowe trawy są też tak podobne do łanów dojrzałych zbóż, iż się ma złudzenie naszej wsi. Zdaje się, iż lada chwila z drugiego końca łanu rozlegnie się „Oj! ta dana! oj, dana!” — zabrzękną sierpy albo ukażą się czerwone chusty na głowach dziewek najętych do żniwa. Oddychamy powietrzem suchym i zdrowszym, bo błota Kingani zostały już daleko za nami. Wszystko to wprawia nas w doskonałe usposobienie. Podoba nam się podróż i kraj. Rzeczywiście staje się on coraz piękniejszy. Step wznosi się nieznacznie, a naokół widać wszędy wesołe, niezbyt gęste gaje, rysujące się z nieporównaną czystością na błękicie. Czasem są to zarośla pokrywające znaczniejsze przestrzenie, czasem kępy drzew, złożone z kilkunastu lub kilkudziesięciu sztuk. Z bliska kraj wygląda jak wykwintny park; z daleka jak jeden wielki las; ale w miarę jak się posuwamy, drzewa się rozstępują i ukazuje się wolna przestrzeń; widzimy sykomory olbrzymiej wielkości, pod których cieniem kilkudziesięciu ludzi może znaleźć z łatwością schronienie. Między kępami drzew przelatują w świetle stadka tukanów. Gdy zapadną, słychać w gałęziach ogromnie głośną rozprawę, zupełnie jakby to była jakaś komisja rewidująca afrykański drzewostan. Po zbadaniu jednej kępy przelatują na drugą — i tam znów narada. Na ścieżce zabijamy dwa duże ptaki z rodzaju grzebiących; mają one szare upierzenie, nogi bardzo wysokie, lot nieskory. Kucharz M’sa obarcza się nimi z przyjemnością, zapewniając nas, że to „nyama msuri” (mięso dobre).
Idąc dalej, spotykamy coraz częściej draceny i euforbie. Te ostatnie mają kształt świeczników o kilku lub kilkunastu ramionach podniesionych do góry. Sztywność i powaga ich żłobkowanych gałęzi odbija dziwnie od fantastycznej plątaniny lianów. Zauważyłem, iż wszędzie tu panuje nadzwyczajna mieszanina drzew. Prawie nigdzie nie można zobaczyć kilkunastu sztuk jednego gatunku stojących obok siebie. Tak samo jest i z krzakami: prawie każdy ma inny kształt, inną korę, inne liście i owoce.
Słońce zniża się ku zachodnim wzgórzom. Bursztynowy odbłysk niknie na wypukłościach pni, na brzegach liści i zmienia się w czerwonawo-złoty. Wierzchołki ramion euforbii zapalają się jak świece; w przestworzu rumiana przejrzystość i słodycz wieczorna. Często to można widzieć i u nas, że gdy w lecie po dniu pogodnym nastaje wieczór pogodny, zwiastun gwieździstej nocy, w całej naturze jest jakby dobry humor, jakby radość z życia i otucha. Krzewy, drzewa i ptaki zdają się mówić: „Dzień nam zeszedł dobrze, a teraz zmówimy sobie Wszystkie nasze305 i utniemy drzemkę aż miło”.
Taki właśnie wieczór, łagodny i świetlisty, czynił się też nad nami. Słońce stało się wielkie jak koło; dolny jego obrąb dotykał już wzgórzy306 — i lada chwila miało się całe za nie zasunąć.
Od niejakiego czasu szliśmy zaroślami, w których utonęła ścieżka. Nagle w największym gąszczu spostrzegamy pod siecią lianów częstokół i rodzaj bramy utworzonej z niskich pni. To już wioska. Wyprawa wojenna widocznie tędy nie przechodziła, bo ludność jest na miejscu. Wchodzimy. Środkowy dziedziniec zapełnia się naszymi ludźmi, którzy zdejmują ciężary z głów i składają je na ziemi. Kobiety i dzieci otaczają nas z ciekawością, ale i z pewnym strachem. Mężczyźni wynoszą nam z chat swe łóżka wyplatane paskami skóry, czyli tak zwane kitandy, na których siadamy, czekając, zanim rozbiją nam namiot i złożą nasze własne polowe łóżka.
Długi pochód zmęczył nas porządnie. Chciałoby się wyciągnąć i odpoczywać, ale podróżnik, przyszedłszy na nocleg, ma jeszcze dużo zajęcia. Trzeba wskazać miejsce na namiot, przypilnować ludzi, którzy go stawiają, pootwierać paki, wydać kawę, herbatę, mąkę i konserwy; następnie ze względu na słabość natury ludzkiej, a zwłaszcza murzyńskiej, pozamykać skrzynie zawierające takie rzeczy, jak cukier, sól, wino lub koniak. Wszystko to trwa dość długo i męczy nie mniej od pochodu. Naturalnie, oczy mieszkańców wioski śledzą każdy ruch białego człowieka, co z początku bawi, ale później zawadza i drażni.