Zapadła noc i rozniecono ogniska. Płomień rozświeca niskie dachy zabudowanych w krąg chat, przed którymi stoją lub siedzą grupy Murzynów, mężczyzn i kobiet. Ludzie są wysocy i silni. W czerwonym blasku, który modeluje wybornie tęgie muskuły ich piersi i ramion, wyglądają jak posągi wykute z czarnego marmuru lub wyrzeźbione w hebanie. Mężczyźni i kobiety mają tylko przepaski na biodrach, można więc dokładnie przyglądać się kształtom, zwłaszcza że wszystko to, zapatrzone na nas, trzyma się nieruchomie i tylko oczy, w których odbija się blask ognia, zwracają się za nami.
Tymczasem nadbiega królik wioski, który dotychczas, mimo ciemnej nocy, bawił gdzieś w polach, i nadbiega z widocznym przestrachem, stanąwszy bowiem przed nami, zrywa z głowy chustę, którą miał okręconą czuprynę i wyciąga się jak żołnierz słuchający rozkazu. Znać, że Bagamoyo o dwa dni drogi. Przyjazne: „Yambo!” rozprasza jednak jego obawy, mianowicie też uspokaja go widocznie nieobecność między naszymi ludźmi askarisów, zbrojnych w karabin z bagnetami. Zdaje się, że ta ostatnia okoliczność, nie zmniejszając jego usłużności, wprawia go w dobry humor, gdyż oddaliwszy się na chwilę, przyprowadza w podarunku kozę, a nieco później przynosi nam kilkanaście jaj, które zresztą, jak się okazało, wszystkie były zalęgnięte.
Oczywiście, wychodząc, okażemy mu wdzięczność pod postacią kilku dotis307 kolorowego perkalu, na razie zaś dajemy mu szklankę wina, po której wypiciu trzyma oczy wzniesione w górę, jakby w uniesieniu. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo i nam dwufrankowy burgund wydaje się niebiańskim nektarem. Królik, wypiwszy jedną szklankę, nie śmie prosić o drugą, patrzy natomiast na butelkę oczyma tak pełnymi miłości jak na młodą narzeczoną. Ale wina mamy w ogóle mało, zresztą życie po naszym odejściu mogłoby mu wydawać się zbyt szare — więc przez samą filantropię308 nie chcemy się domyślić, o co mu chodzi.
Zasiadamy do obiadu, którego główną potrawę stanowi jeden z ptaków zabitych w czasie pochodu. Duża skrzynia z konserwami służy nam za stół, dwie inne mniejsze za krzesła. Nie ubliżając sławie 365 obiadów309, jest rzeczą więcej niż wątpliwą, czy nasz M’sa pomienione dzieło czytał, albowiem talent jego kulinarny polega głównie na wrzucaniu do wody wszystkiego, co ma wydane, i następnie na mieszaniu pierwszym lepszym patykiem w tej wodzie — aż do skutku. Z trudnością także przychodzi mu odróżnić szmalec od ekstraktu mlecznego Liebiga, skutkiem czego kilkakrotnie podał nam herbatę dość oryginalnie przyprawioną.
Z tym wszystkim zdaje się być bardzo rad z siebie i uśmiecha się, widząc, jak zajadamy ptaka, którego podał nam w zawiesistym wodnym sosie, poszarpanego na drobne na kształt klusków kawałki. Dla nas zaś istotnie, co na placu, to nieprzyjaciel. Długi pochód, oryginalność podróży, nowe widoki i dobre humory dają nam niepośledni apetyt. Szczególniej smakują nam jarzyny w konserwach, jako to: zielony groszek, szparagi, marchewka. Przyszłym podróżnikom nie mogę dość polecić tego rodzaju zapasów, gdyż w gorących krajach czuje się wstręt do mięsa, podczas gdy jarzyny jada się chciwie.
Godzina już jest późna. Ogniska powoli gasną i ludność, która aż dotąd gapiła się i otwierała usta na widok białych ludzi i ich nieznanych przyborów, chowa się pod okapy chat. Idziemy spać za jej przykładem, ale w Afryce, w wiosce murzyńskie, łatwiej się położyć niż usnąć. Naprzód, sypia się dużo w dzień w czasie najgorętszych godzin, więc jesteśmy wyspani, po wtóre gryzą komary, po trzecie owa darowana koza, przywiązana nieopodal naszego namiotu, daje znać towarzyszkom o swym przykrym położeniu beczeniem tak przeraźliwym, że aż w uszach dzwoni. Leżę, odpoczywam i rozmyślam.
Ludzie nasi, wyspani równie jak my, a daleko bardziej przyzwyczajeni do pochodów, nie myślą nawet o odpoczynku. Tłuką przy ognisku kassawę w stępie i rozprawiają jak kumoszki na jarmarku. Słyszę niewyczerpane dowodzenia i spory kończące się zawsze przeciągiem: „aa!” — pełnym jakby zdziwienia i oburzenia. Jestem przekonany, że gadają o byle czym, aby tylko gadać, a tymczasem gwar ich zlewa się z beczeniem kozy w stały nieznośny harmider. Od czasu do czasu podnoszę skrzydło namiotu i każę im być cicho; wówczas każdy powtarza pospiesznie: „Tss! tss! M’buana kuba” — jeden daje drugiemu sójki w brzuch — i przez czas jakiś panuje milczenie, ale po chwili poczynają się szepty, potem półgłośna rozmowa — nie upłynął kwadrans — już zapomnieli o wszystkim — i znów gwar jak w szkole.
Ostatecznie więcej mnie to bawi, niż gniewa, bo lubię naszych ludzi. Pierwszego dnia wydawali mi się wszyscy tak do siebie podobni, że nie mogłem jednego od drugiego odróżnić; teraz, po kilku dniach, spędzonych nad Kingani, rozpoznaję z łatwością każdego i po większej części wiem, jak się który nazywa. W drodze prędko też zaznaczają się różnice charakterów i temperamentów.
Bruno, chrześcijanin, naczelnik karawany jest porządnym człowiekiem, nie wiem tylko, czy w danym razie miałby dość powagi, bo za dużo rozprawia. Tłumacz Franciszek, również chrześcijanin, mniej mi przypada do smaku. Uważa on się za dygnitarza dlatego, że nosi tylko latarnię, nie licząc strzelb mego towarzysza, i że jest tłumaczem. Tymczasem jego francuszczyzna jest tak zsuahilizowana, że prawie jej nie rozumiemy. Ma on przy tym ten talent, że go nigdy pod ręką nie ma, gdy go potrzeba.
Moimi ulubieńcami są: wspomniany wyżej M’sa i Simba. M’sa ma zachowanie310 u Murzynów z powodu resztek, które po nas zjada i którymi obdziela swoich zauszników. Śmieje się ustawicznie, po nocach zaś dosiaduje do Bóg wie której godziny przy ognisku i wsparłszy łokcie na kolanach, śpiewa przez nos zawsze jedno w kółko: „M’buana kuba, m’buana ndogo, Bagamoyo, wengi rupia” itd., co wedle przekładu Franciszka znaczy: „Pan starszy i pan młodszy dadzą w Bagamoyo mnóstwo rupii”. Poetyczna ta nadzieja wsparta jest zresztą na fakcie, wszyscy bowiem nasi ludzie dostali w Bagamoyo tylko zadatek, a w drodze biorą cztery dotis perkalu na życie, zapłaceni zaś zostaną dopiero za powrotem.