Wizyty w kraju Udoe trwają widocznie niezmiernie długo. Godzina upływała za godziną, spać chciało nam się coraz bardziej, a tymczasem Muene tkwił ciągle w naszym namiocie. Synowie jego siedzieli również, jakby w ziemię wrośli. Zapaliłem wreszcie nić magnezjową, sądząc, że taki ogniotrysk z jednej strony uwieńczy pięknie naszą gościnność, z drugiej będzie hasłem do odejścia dla gości. O, jakżem się omylił! Nić rozbłysła wprawdzie jak słońce i spadała brylantowymi łzami na ziemię; stary podwinął, co duchu, nogi pod siebie i począł krzyczeć głosem przerażonej papugi: „Aka! aka! aka!” — wszelako ciekawość wzięła w nim górę nad strachem i rozbawił się do tego stopnia, że ani myślał odchodzić. Czas jakiś czekaliśmy jeszcze cierpliwie na zakończenie odwiedzin, ale na próżno. Co było robić? Nie byliśmy pewni, o ile poklepanie po łopatce przedstawiciela prześwietnego kraju Udoe i pokazanie mu drzwi namiotu będzie zgodne z etykietą w tymże kraju obowiązującą, trzeba się jednak było uciec wreszcie do tego radykalnego środka.
Noc tę przespaliśmy z powodu znużenia bardzo mocno. Ranek przyniósł nam dowód, że Muene-Pira nie obraził się wczorajszymi wyprosinami, albowiem we drzwiach namiotu spostrzegliśmy dużą dzieżę318 glinianą, napełnioną po brzegi pombe. Jakaś ręka postawiła ją tam, kiedyśmy jeszcze spali. Ale zachwyt nasz nad pombe zdołał już przez noc ochłonąć. Zraziła nas może brudnoszara barwa napoju, może widok kilkunastu mniejszych lub większych owadów, które znalazły w nim śmierć przedwczesną, dość że zawoławszy Brunona, oddaliśmy całą dzieżę naszym ludziom. Nie potrzebuję dodawać, że została przyjęta i opróżniona z rozkoszą.
Dopiero przy świetle dziennym spostrzegliśmy, że wioska Muene-Pira leżała po większej części w zgliszczach. Nie mogły tu być skutki dawnych wojen, gdyż ślady pożaru były zupełnie świeże. Nawet wielkie drzewa stojące na majdanie nosiły na konarach znaki ognia. Pożar ten wszczął się wskutek huraganu, który rozmiótł ogniska i powrzucał głownie na trzcinowe dachy. Wszystkie chałupy spłonęły, ale dla czarnych niewielkie to nieszczęście; w kraju nie brak przecie ani gliny, ani chrustu. Jakoż w gęstwinie drzew wznosiły się już liczne nowe chaty.
Muene-Pira jest dużą osadą, posiadającą kilkaset głów. Ludzie Udoe różnią się od sąsiadów zaostrzonymi przednimi zębami. Zęby te są osadzone nieco skośnie, ale mniej niż u okolicznych Uzaramo i Uzigua, wskutek czego kąt ich twarzowy jest nieco prostszy. Dzieci nie widziałem nigdzie tak pięknych. Były one też śmielsze niż w innych wioskach i na skinienie chętnie się zbliżały. Rozczulał nas zwłaszcza jeden malec, może dwuletni, który z wielką ufnością puszczał się ku nam na swoich chwiejnych jeszcze nóżkach i zbliżywszy się, obejmował łapkami nasze nogi, uważając je widocznie za podpory stworzone umyślnie na to, aby mały czarny dżentelmen miał się w danym razie czego uchwycić. Z nie mniejszą też ufnością wkładał do ust wszystko, co od nas dostawał. Matka owego malca, chodząc za nim, uśmiechała się z taką tkliwością jak wyrafinowana biała kobieta. Była w tym uśmiechu duma z rezolutności dziecka i zarazem obawa, żeby się nie uprzykrzyło. Inne dzieci siedziały czarnym wianuszkiem koło naszego namiotu, podziwiając nas całymi godzinami w milczeniu i ze skupioną uwagą.
W ogóle wioska, mimo zgliszczów, czyniła wrażenie ładu i zamożności. Udoe są też zamożniejsi od sąsiadów. Rolą zajmują się mniej od nich — tyle tylko, by mieć dostateczną ilość sorgo na wyrób pombe. Posiadają natomiast trzody. Od czasu wyjścia z Bagamoyo tu po raz pierwszy widzieliśmy stado garbatych, ociężałych zebu. Widocznie w tej okolicy mucha tse-tse nie jest tak liczną jak gdzie indziej.
Zabawiliśmy w Muene-Pira do trzeciej po południu. Ludziom naszym chciało się bardzo zostać jeszcze na jeden nocleg, albowiem wszędzie po chatach znajdowały się niedopite resztki pombe. Bruno próbował nam nawet nieśmiało tłumaczyć, że po drodze nie znajdziemy wody, ale odpowiedziałem mu, że jeśli jej nie ma, to tak dobrze nie będzie jutro, jak dziś — i kazałem ruszać.
XVII
Wioska Tebe. — Karaluchy. — Brzegi Wami. — Boecklinowski obraz. — Las dziewiczy. — Przejście rzeki. — Sposoby przeciw krokodylom. — Las z drugiej strony rzeki. — Widok Mandery.
Kraj znów jednostajny na znacznych przestrzeniach, tylko coraz bardziej pogarbiony we wzgórza. Pochody również jednakie. Cały urok podróży w tym, że się idzie w strony nieznane, dziewicze, puste, że widać wciąż dalszy widnokrąg, że człowiek zagłębia się coraz bardziej w przestrzeń bez końca — i że żyje się życiem nowym, wolnym od tych wszystkich przegródek, które ograniczają swobodę w miastach.
Co chwila mimo woli nasuwa się na myśl ten ustęp z Farysa319: