Tu natura, snem ujęta,

Nigdy ludzkich stóp nie słyszy,

Tu żywioły drzemią w ciszy

Jak niepłoszone zwierzęta,

Których stado nie ucieka,

Widząc pierwszą twarz człowieka.

Gdy się ze szczytu wzgórza spogląda w dal, zdaje się, że przed nami puszcza i puszcza. Złudzenie! Drzewa tam stoją rzadko, tylko mniejsze zarośla tworzą zbite szmaty gąszczów rozrzucone tu i owdzie między wielkimi drzewami. Doliny, w których zbiera się wilgoć, porośnięte są tatarakiem, nieraz dwa razy tak wysokim jak człowiek. Ludzie, pełznąc ścieżką na kształt mrówek, pogrążają się w tę zieloną toń jakby w jezioro — i tylko po chwianiu się trzcin można poznać, że nurkuje wśród nich karawana.

Rankami na źdźbłach i liściach zbiera się obfita rosa; ubrania nasze przemakają w niej do nitki, a nagie plecy i ramiona Murzynów świecą się, jakby dopiero co wyszli z kąpieli. Zresztą i im, i nam sprawia to tylko przyjemność, bo gdy ranny powiew przychodzi na mokrą skórę lub mokre ubranie, czyni się człowiekowi chłodno, a w tym klimacie katar nie grozi, zwłaszcza gdy się jest w ciągłym ruchu.

Idąc tak, to dolinami, to po wzgórzach, przychodzimy wreszcie do wioski Tebe, skąd już tylko jeden dzień drogi do Mandery. Ułożyliśmy między sobą zamiar zabrania króla Tebe, który jest z zawodu myśliwcem320, ale w wiosce nie ma nikogo prócz bajecznej wielkości karaluchów.

Z pustych chat przychodzą one pod nasz namiot jak celnicy i badają nasze rzeczy tak dokładnie, że jednego znajduję nazajutrz w lufce od strzelby. Przenocowawszy, ruszamy o pierwszym brzasku dalej i koło godziny ósmej stajemy nad Wami. Jest to druga z kolei afrykańska rzeka, przez którą mamy się przeprawiać.