Na koniec jednak dostajemy się na spokojniejszą wodę, a z niej na niską skałę, za którą jest już tylko maleńki i płytki zalew stykający się wprost z lasem. Śmieję się teraz ze wszystkich krokodylów, ale zarazem klnę nieco przeprawę, albowiem zmęczyłem się i poobcierałem sobie nogi o ostre podwodne kamienie. Chcąc widzieć, jak przeprawa pójdzie memu towarzyszowi i reszcie pagazich, wychodzę na skałę, ale tu czeka mnie nowa przyjemna niespodzianka. Przez podeszwy bosych nóg mogłem wyczuć, do jakiego stopnia stojąca w pełnym świetle skała jest rozpalona, za to siadłszy, zerwałem się co prędzej i uciekłem w las, w cień drzew i paproci.
Murzyni muszą mieć jednak znacznie grubszą skórę, nasz M’sa bowiem siedział sobie w chwilę później spokojnie na tym samymi głazie i nie zauważyłem, żeby się zmienił w grzankę.
Towarzysz mój przebrnął rzekę w towarzystwie kilku czarnych z powodzeniem równym mojemu, po czym spoglądaliśmy obaj na resztę przeprawiających się ludzi.
Widok to bardzo zajmujący. Murzyni idą jeden za drugim, ze skrzyniami na głowach. W miejscach, gdzie woda jest głębsza, podnoszą je przez ostrożność do góry i wówczas ze wzniesionymi ramionami wyglądają, jakby ofiarowali niebu zawarty w skrzyniach dobytek.
Naokół wzburzona ruchem woda gra w słońcu; czarne, nagie ciała to wynurzają się prawie zupełnie, to chowają się prawie do ramion, a nad tonią widać tylko sznur skrzyń, które zdają się same przepływać przez rzekę.
Ci, co już się przeprawili, brodzą po płytkich zalewach lub grupują się w cieniu drzew. Wszędy słychać głosy, śmiechy, nawoływania, pustynia323 ożywia się i rozbrzmiewa gwarem ludzkim: wreszcie wszyscy zbierają się po tej stronie, natomiast tamten brzeg puścieje, fala wygładza się, wielkie plamy światła i cienia układają się do dawnych granic i wspaniały obraz odzyskuje swój zwykły dziewiczy charakter.
Ubrawszy się, idziemy dalej. Nieznaczna ścieżynka wije się wciąż wśród lasu, w głębokim cieniu. Gałęzie i liście tworzą w górze sklepienie, przez które słońce nie przenika.
Twarze nasze wyglądają zielonawo, a ciała Murzynów jakby oksydowane, sczerniałe ze starości brązy. Na prawo i na lewo słychać czasem łopot skrzydeł pentarek lub innych ptaków, których nie można dojrzeć oczyma.
Czasem który zagwiżdże jak nasz kos lub zawoła jak dziecko; gdzieniegdzie zaszeleści coś w paprociach, gdzieniegdzie zakołyszą się upięcia lianów — zresztą powaga, spokój i mrok.
Nagle las urywa się, jak nożem uciął. Oczy nasze mrużą się pod nadmiarem światła. Przed nami kraj jasny i wesoły: rozległe wzgórza kąpią się w blasku; z daleka widać gromady drzew jak przy naszych wsiach. Na jednym wzgórzu, hen, daleko, coś bieli się, niby domek, niby kapliczka.