Nagle Bruno zbliża się do mnie i ukazując na ów bielejący się przedmiot, mówi:

— Mandera! Mandera!

XVIII

Mandera. — Miłe wrażenia. — Wypoczynek. — Sad polubowny. — Wpływ misjonarzy. — Wymowni Murzyni. — Nasi ludzie. — „Wielki świat”. — Pochód do M’Pongwe.

Mandera jest małą misją położoną na granicach kraików Udoe i Usigua. Mieszka w niej tylko trzech księży: przełożony, ksiądz Korman, ojciec Enderlin i brat Aleksander. Dom jest niski, zbudowany z takich samych materiałów jak chaty murzyńskie, a różniący się od nich tylko tym, że jest obszerniejszy, prostokątny, opatrzony kwadratowymi otworami zastępującymi okna, a wreszcie wytynkowany w środku. Obok domu wznosi się mała budowla obejmująca salkę jadalną i kuchnię — dalej rodzaj długiej szopy, w której mieszkają, uczą się i modlą dzieci. Kraniec dziedzińca zajmuje wioska murzyńska, złożona z kilkunastu chat. Pierwotnie miano widocznie zamiar założyć tu wielką misję, w której by czarna ludność mogła znaleźć ochronę w razie niebezpieczeństwa, wszystkie bowiem budynki, dziedzińce i ogród misji otoczone są wykopanym w kwadrat rowem. Na środku każdego boku kwadratu wznosi się piętrowa wieża zbudowana z kamienia i opatrzona strzelnicami. Wieże te stanowią bramy misji. Po obu brzegach rowu zasadzone są agawy i kaktusy, które rozrósłszy się z czasem, utworzyły prawdziwe wały liści twardych, kolczastych i sterczących jak bagnety. Ni zwierz, ni istota ludzka nie zdoła się przez nie przedrzeć. Kto by nawet potrafił przeskoczyć pierwszy wał, ten znajdzie się w głębokim rowie i będzie miał przed sobą wał drugi, jeszcze szerszy i wyższy. Warownia taka, przy lada obronie z wież, byłaby trudna do wzięcia nawet dla regularnych żołnierzy, cóż zaś dopiero dla nagich Murzynów lub na wpół nagich Arabów?

Dawniej misja, jako położona wśród plemion ludożerczych i niemal pod ręką Arabów, musiała często chronić swe owieczki przed rozmaitymi wilkami; dziś, choć warownia jeszcze się wzmocniła przez rozrost agaw, zabezpiecza tylko kozy misyjne przed panterami zamieszkującymi lesiste brzegi Wami.

Po trudnych pochodach, po noclegach wśród wiosek murzyńskich ta kultura, którą tu spotykamy, czyni głębokie i przyjemne wrażenie. Ubogo wszędzie bardzo, ale na każdym kroku znać pracę. Oto domy, bądź co bądź, europejskie, oto aleje cienistych mangów, palmy kokosowe, których nie widzieliśmy od czasu wyjścia z Bagamoyo, różne inne owocodajne drzewa, grzędy warzywa, a nawet i kwiatów.

Trzeba doświadczyć, co to jest podróż po Afryce, żeby zrozumieć, jak taki widok może uradować, zwłaszcza gdy na wstępie witają podróżnika rozjaśnione twarze takich samych jak i on ludzi. Mile nam się także uśmiecha myśl o odpoczynku i o tym, że przez parę dni nie będziemy zmuszeni zajmować się szafarstwem, kłopotać się o obiady, wieczerzę — i sypiać w prawdziwych łóżkach, rozebrani.

Przyjęcie, jak wszędzie, tak i tu, serdeczne i uprzejme. Podczas obiadu poznajemy się bliżej z gospodarzami. Przełożony ojciec Korman jest to człowiek lat czterdziestu kilku, jasnowłosy, drobny, bardzo chudy, o twarzy zmęczonej, na której widoczne są ślady febry. Pochodzi on również, jak o. Enderlin i jak większość misjonarzy, z Alzacji. Wpływ klimatu znać na nim na pierwszy rzut oka, bo mimo swej nadzwyczajnej ruchliwości wygląda jak człowiek, który niedawno powstał z łóżka po ciężkiej chorobie. W ogóle jednak czuje się zdrów i chodzi po górach (o czym się kosztem własnych nóg później przekonałem) jak antylopa.

Księdza Enderlina podtrzymuje młodość. On jeden wygląda tak czerstwo, jakby mieszkał w Europie, ale też nie wiem, czy liczy trzydzieści lat życia. Najstarszy wiekiem w misji jest brat Aleksander. Pamiętam jego smutny uśmiech, jakim odpowiedział na pytanie mego towarzysza: czy nie jest chory? Jakoż z podróży misyjnej, którą przed niedawnym czasem odbył, przywiózł on febrę i ta nie opuszczała go odtąd, co nie przeszkadzało mu spełniać codziennych obowiązków przy dzieciach, zajmować się nami i pracować przy budowie kościołka, którego Mandera dotąd nie posiada.