Widocznie jednak czuł się bardzo słabym i przewidywał śmierć, wskutek czego nie mógł się oprzeć nostalgii324. Wyobrażam sobie, że myśl o śmierci tak daleko od swoich musiała go napełniać wielką do nich tęsknotą. Wszystko to było jakby wypisane na jego twarzy, pełnej zresztą rezygnacji. Był to człowiek wykształcony, zajmował się dużo zoologią i botaniką, dostarczał do muzeum ciekawych okazów i umiał je przyrządzać. Wyznaję, że dziwiło mnie nieco skromne stanowisko brata, jakie zajmował w misji, ale o powody nie chciałem pytać.
Gdyśmy opuszczali Manderę, brat Aleksander czuł się nieco zdrowszy. Potem nie miałem o nim wiadomości.
Pierwszy dzień zeszedł nam szybko. Zażywaliśmy wczasu325, to śpiąc, to siedząc na biegunowych krzesłach pod werandą i spoglądając na zatopiony w świetle ogród. Gawędka z księżmi skracała godziny między obiadem a wieczerzą. Podczas małej przechadzki przed zachodem słońca przybiegły dzieci z misji z oznajmieniem, że nioka (wąż) siedzi między dylami326 przygotowanymi pod budowę gmachu kościołka. Ponieważ nie spotkałem dotąd węża w Afryce, wziąłem strzelbę i poszedłem. Dzieci poczęły wyciągać dyle z wielką odwagą i na koniec wyparowały z nich nieszczęśliwą niokę, którą wystrzał śrutem rozerwał na dwoje, tak że drugą połowę znalazłem o kilkanaście kroków od pierwszej. Rzecz przy tym godna uwagi, że gdy przednia część przestała się ruszać zaraz po wystrzale, druga wiła się gwałtownie przeszło pół godziny. Był to wąż długi mniej więcej na metr, czarny, z dwiema podłużnymi pręgami od głowy do ogona. Ubarwieniem przypominał pijawkę. Brat Aleksander mówił mi, że należy on do gatunku bardzo jadowitego; na nieszczęście, skóra była tak porwana, że nie mogłem jej zachować.
Noc przyniosła mi doskonały wypoczynek, naprzód dlatego, że spędziłem ją rozebrany w łóżku, a po wtóre, że od Adenu nie mieliśmy ani jednej tak chłodnej. Mandera leży już na znacznej wysokości nad poziomem morza, kraj bowiem podnosi się stopniowo coraz wyżej od samego oceanu, a po przejściu Wami idzie się do samej misji zupełnie pod górę. Czułem się zdrów i gotowy do dalszych trudów, natomiast towarzysz mój, który nocował w jednej z wież kamiennych, nadszedł blady, niewyspany i oświadczył, że całą noc spędził, jak król Popiel, na zaciętej walce z olbrzymimi szczurami, które miały gniazdo w samym jego łóżku i wzięły go widocznie za nyamę (zwierzynę) przeznaczoną na natychmiastowe spożycie. Brat Aleksander wypowiedział im zaraz za to wojnę, w której, mimo cudów waleczności z ich strony, wyparł je z łóżka i z wieży na dzikie pola.
Z rana tegoż dnia mieliśmy dowód, jak wielki wpływ wywierają misjonarze na okoliczną ludność. Koło godziny dziesiątej przyszła cała gromada Murzynów sądzić się o kobietę. Domyślałem się wprawdzie, że to nie są chrześcijanie, między chrześcijanami bowiem ten by się uważał za właściciela kobiety, który wziął z nią ślub, sądziłem jednak, że to ludzie z najbliższej okolicy. Tymczasem, gdzie tam! Przyszli oni o cztery dni drogi. Dwaj młodzi Murzyni stanęli jako strony sporne, równie młoda, i mówiąc nawiasem, wcale przystojna Murzynka jako przedmiot sporu, ojciec jej jako osoba oskarżona, że pobrała zadatki od stron obu — i wreszcie pięciu lub sześciu innych czarnych jako świadkowie.
Patrzyłem na tę scenę sądu z wielką ciekawością. Ojciec Korman zasiadł przed werandą, czarni stanęli przed nim szeregiem i mówili kolejno. Oczywiście, nie rozumiałem ani słowa prócz wykrzyknika: ,,O M’buanam kuba”, od którego każdy zaczynał przemowę; podziwiałem jednak łatwość, z jaką wszyscy się wyrażali, obfitość słów i siłę akcentów. Nie zdarzyło się też, by sobie wzajem przerywano, tylko gdy jedna strona mówiła, druga, przeciwna, za pomocą uderzenia dłonią o dłoń, wznoszenia oczu i wyciągania ramion w górę, zdawała się wzywać wszechmocne nieba, by nie ścierpiały dłużej kłamstw tak potwornych. Panna mówiła także długo i obficie, przymykając chwilami oczy, jakby się chciała napawać własną wymową.
Ksiądz Korman wysłuchał wszystkich w milczeniu, następnie zadał jeszcze kilka pytań i wreszcie wygłosił wyrok, przysądzając czarną piękność jednemu z przeciwników. Ten, nie tracąc chwili, objął dłonią jej kark i cała czereda odeszła pod cień szopy, aby wypocząć po długiej drodze. Nie słyszałem najmniejszego szemrania, nie widziałem żadnych objawów niezadowolenia ze strony przegrywających. Sprawa po kilku cichych słowach księdza skończyła się, jakby ją kto nożem uciął, co mnie tym bardziej dziwiło, że przecie misjonarze nie mają żadnej władzy wykonawczej. Jest to wprost dowód ze strony czarnych ślepego zaufania w większą mądrość i w większą sprawiedliwość. Ksiądz Korman mówił mi, że taką rolę sędziego pokoju przychodzi mu odgrywać bardzo często i że nigdy nie zdarzyło mu się, aby jego wyroku nie uznano za ostateczny.
Był to dzień urzędowych przyjęć, albowiem może w godzinę później przyszła z kolei do mnie deputacja od naszych ludzi z prośbą, bym im wypłacił po kilkanaście pezas (sou) na życie. Franciszka nie było między nimi, więc wyrozumiawszy przez brata Aleksandra, o co chodzi, odpowiedziałem, że mi jest wszystko jedno, czy dam im teraz, czy dopiero w Bagamoyo; żałuję jednak, żem na pagazich nie najął Zanzibarytów, ci bowiem są bądź co bądź mężami, teraz zaś widzę, że mam do czynienia z głupimi dziećmi, które nie wiedzą nawet tego, że w Manderze nic nie można dostać za pieniądze. Wzmianka o Zanzibarytach była widocznie szczególniej bolesną dla miłości własnej naszych ludzi, albowiem gdy brat przetłumaczył im moje słowa, zawstydzili się niezmiernie i odeszli natychmiast — przez całą zaś następną drogę nikt się już o nic nie upominał. Bruno przyszedł znów po chwili i tłumaczył się, że on niczego nie chciał, do niczego nie należał i że nie jest tak głupi jak inni.
Uwzględniając nawet wszelkie warunki naszej podróży, które czyniły ją dla Murzynów stosunkowo łatwą, nie wyobrażam sobie, żeby gdziekolwiek na świecie można znaleźć ludzi łatwiejszych do prowadzenia, wrażliwszych na każde słowo i chętniejszych. Jestem przekonany, że podróżnik, który by złożył swą karawanę np. z egipskich Arabów, byłby zmuszony co dzień uciekać się do pomocy kija, a kto wie, czy i nie do rewolweru. Tymczasem z naszymi ludźmi nie potrzebowaliśmy prawie głosu podnosić. Oczywiście, że taki stosunek zmniejsza o połowę trudności i kłopoty podróży. Istnieje mniemanie, że najwierniejszych pagazich znaleźć można na stałym lądzie; Zanzibaryci-mahometanie mniej są łatwi do prowadzenia, jednakże sprężysty człowiek da sobie z nimi radę, a przy tym znajdzie między nimi ludzi bardziej przywykłych do służby u białych.
Przez cały pierwszy dzień pobytu w Manderze nasi pagazisowie, siedząc pod werandą szopy, szyli koszule z białego perkalu, który otrzymywali jako codzienną zapłatę na życie. Nazajutrz poubierali się w nie i chodzili po Manderze z tak pysznymi minami jak pawie, spoglądając z góry na miejscową ludność i udając „wielki świat”. Zresztą w Manderze dobrze im się działo, albowiem kassawy był dostatek i mogli ją jeść z solą, za którą przepadają, ale która w ogóle należy do przedmiotów takiego zbytku, na jaki lada Murzyn nie może sobie codziennie pozwalać.