— A cóż, wiza skończona?
— Zaraz, zaraz. Diab... nadali te pieczęcie! E, wie pan co? kropniemy największą, zawsze to nie zawadzi.
— Kropnijmy największą.
Konsul wydobył z szuflady coś na kształt tarana do zabijania palów38 w Wiśle.
— A toż to prześcieradło można by tym zawizować! — rzekłem.
— To nic, poradzimy... O, dla Boga, a to istotnie ciężkie!
— Może panu pomóc? Raz, dwa, trzy... Hoop! siup!
Rozległ się głuchy łoskot stołu, na który padła pieczęć. Zdawało się, że mój paszport krzyknął: „O Jezu!”. Schowałem go do kieszeni i wyszedłem.
Była godzina dwunasta w południe, o wpół do trzeciej miałem wyruszyć, ale przedtem musiałem iść na pożegnalny obiad, który za grosz wdowi wyprawiała dla mnie brać literacka. Wyznaję, że co do tego obiadu miałem pewne obawy. Chodziło mi o to, czy dobre serca koleżeńskie nie będą mnie kanonizować na wielkiego człowieka i czy nie będzie czasem takich mówek, jak ta, którą raz słyszałem na cześć pewnego literata przybyłego z Poznania, której początek podaję:
„Panowie! Nie myślcie, żebym tu, w gronie kolegów, chciał mówić o Platonie39 lub Heraklicie40. Nie wspomnę także o Nabuchodonozorze41, ale... Co to ja chciałem mówić?... (Brawo!) ale od czasu, jak te wieki okryte pleśnią wieków... (Głos z prawej strony: „było już o wiekach!”). Mówca: Ja panu nie przeszkadzam, kiedy pan mówisz! O czym to mówiłem? Aha! o pleśni wieków!... Kiedy więc Plato już powiedział... że tego... panie... właśnie! nic więc dziwnego, że wniosę toast za zdrowie Platona... nie! Chciałem powiedzieć: kolegi naszego Teodora, który... panowie! który... panowie! który... panowie!... To właśnie, co chciałem wyrazić...” (Brawo! brawo!).