— Czasem — odpowiedział. — Jeśli łańcuchy się pozrywają, to siedzący w koszu muszą się zabić.

— A czy zdarza się to?

Znowu spokojna odpowiedź:

— Czasem.

— Są tu przecież korby mogące elewator zatrzymać? — mówi Woothrup.

— Czasem — odpowiada obdartus służący nam za przewodnika. — Zdarza się raz na dziesięć razy, że zatrzymają.

Liczę tedy na to, że wypadki częściej się nie zdarzają, bo gdyby zdarzały się co dzień, nie nazywałyby się przecież wypadkami. Dla Amerykanów to już wystarcza — ale co do mnie, gdym w ciemnościach leciał na złamanie karku, prawie żałowałem, żem tu przybył. Po zjechaniu na dół znaleźliśmy się jakby w jakim labiryncie korytarzy podziemnych, sal i kaplic, w których migotały światła. Przewodnik, równie uprzejmy, jak zasmolony i obdarty, przeprowadzał nas wszędzie, nie żałując objaśnień. Chwilami przejeżdżały koło nas wagony windowane w górę za pomocą łańcuchów, a wyładowane srebrnodajnym kwarcem.

Grupy robotników rozproszonych tu i owdzie pracowały zawzięcie, tłukąc oskardami kwarc. Wyobraźcie sobie te żyły srebra, odznaczające się na ścianach jaśniejszym kolorem, biegnące w różnych kierunkach: na dół, do góry, to przerywające się, to pojawiające się znowu. Oczom własnym nie chce się wierzyć na widok tych milionów, których tu można dotykać rękoma. Są to zapewne najbogatsze kopalnie na świecie. Pracują w nich machiny parowe wydzierające rudę ze skał, lokomotywy, wagony, ludzie, konie. Zstąpiliśmy blisko na 900 stóp pod ziemię. Łamanie się światła w tych krużgankach czarodziejski sprawiało widok. Chwilami krużganki rozszerzały się jakby w kaplice i sale o ścianach, sklepieniu i podłodze ułożonych w naturalną mozaikę z żył srebrnych. Mówię wam, że gdym sobie pomyślał, iż wszystko, czego się tu dotykam, na co patrzę, po czym stąpam, jest srebrem, zdawało mi się, że jestem przeniesiony w czasy króla Midasa545 lub że to jedna z krain z Tysiąca nocy546.

Na gruncie, po którym stąpaliśmy, płynęła czasem woda zaskórna, tworząc miejscami jak gdyby małe błoto lub jeziorko — miejscami sączyła się ze skał. W niektórych podziemiach słychać było świst, huk i zgrzytanie maszyn parowych, turkot wozów, nawoływanie głosów ludzkich — w innych panowało głuche milczenie. Od czasu do czasu tylko odzywał się głos ludzki, tajemniczy jakiś i echowy skutkiem dziwnej akustyki podziemi. Dla mnie, który bardzo mało zwiedzałem kopalni, były to widoki nowe, niezwykłe i zajmujące. Widziałem w tym wszystkim nowy dowód potęgi człowieka — tego niby robaczka w stosunku z całą Ziemią, który jednak przepływa oceany, świdruje się we wnętrzu Ziemi, każe żelaznym potworom kąsać skałę, zwraca koryta rzek, wierci tunele w górach lub rozrzuca je, jeśli się ośmielą stanąć mu na drodze. W tych podziemiach brzmiących pracą uwidoczniła mi się ruchliwość ludzka, owe ciągłe: „naprzód! i naprzód!”, ta jakaś zawziętość i wytrwałość w doskonaleniu warunków życia, w zbogacaniu się, w ulepszaniu bytu — tak jakby życie było wieczne. Ale też i jest wieczne, bo jednostki mrą, a ogół pozostaje. Masy srebra wyrzucane rokrocznie przez te podziemia będą wprawdzie zmieniać właścicieli, ale raz wydobyte, muszą pracować bezsprzestannie jako dźwignie postępu, stawszy się smarowidłem jego koła toczącego się coraz szybciej i z coraz większym rozpędem.

Nie zstępowaliśmy niżej jak 900 stóp, albowiem towarzysz mój śpieszył się do miasta, gdzie miał załatwić rozmaite sprawy. Zresztą zbyt było mokro, dymno, gorąco. Teraz dopiero zrozumiałem potrzebę owych ochronnych sukni i obuwia, w jakie ubrano nas przy wejściu. Pospieszyliśmy znowu do elewatora — rozległo się głośne „all right!” — i zostaliśmy porwani w górę. Wydostawszy się na światło dzienne, odetchnąłem. Poczęliśmy dziękować przewodnikowi. Był to, jak wam już wspomniałem, człowiek dość obdarty, brudny, zasmolony, we flanelowej koszuli, w kapeluszu z powystrzępianym koliskiem i w podartych gumowych butach. Twarz jego, lubo zasmolona, miała jednak pewien wyraz dystynkcji, a jasne, niebieskie oczy patrzyły rozumnie. Ponieważ był bardzo grzeczny, myślałem po wyjściu: „Dać mu czy nie dać dolara? — jeśli Europejczyk — weźmie, jeśli Amerykanin, może się obrazi... sam nie wiem... wygląda jakoś bardzo ubogo...” Postanowiłem nareszcie tak postąpić, jak mój towarzysz, który jako Amerykanin, powinien był wiedzieć, jak postąpić.