— Tak, ale przedtem musimy być w wielu miejscach.

Jakoż, przybywszy do miasta, chodziliśmy po owych wielu miejscach; na koniec około godziny ósmej wieczorem stanęliśmy przed ślicznym, marmurowym pałacykiem oddzielonym od ulicy sztachetami i przepysznym trawnikiem, na środku którego wznosiła się fontanna.

— Gospodarz w domu? — spytał Woothrup człowieka, który nam otworzył.

Yes, sir! Proszę do „parloru548.

Weszliśmy do „parloru” urządzonego prawdziwie ze wschodnim przepychem, pełnego brązów, obrazów, zwierciadeł, aksamitów itd.

Po chwili wszedł gospodarz i... proszę sobie wyobrazić moje zdziwienie, gdym poznał w nim Mr. Jamesa Little, naszego rannego przewodnika. Wyznaję, że zmieszałem się. Pan Little, ubrany teraz nie wykwintnie, ale przyzwoicie, w koszuli świetnej białości, umyty, uczesany, miał minę jeżeli nie księcia, bo ich tu nie ma, to przynajmniej... bankiera. Potem nadeszła jego żona, piękna, jasnowłosa „missis” w jedwabnej sukni, ze złotym łańcuchem, a potem jeszcze piękniejsza miss Ellinor, siostra pani Little. Gdy panie te dowiedziały się, że jestem Polakiem, mieliśmy gotowy przedmiot do rozmowy, albowiem przed paru tygodniami grała w Virginia City pani Modrzejewska, na krótko przed swym wyjazdem do New Yorku. Gdym powiedział, że nie tylko jestem rodakiem wielkiej artystki, ale mam zaszczyt znać ją osobiście, urosłem widocznie w oczach pani Little i panny Ellinor przynajmniej na łokieć. Obie te panie nie umiały słów znaleźć dla „the greatest artist of the world549, jak się wyrażała miss Ellinor. Obie były jej przedstawione, z czym zaraz pochwaliły się przede mną. „Missis” Little przechowywała dotąd wszystkie recenzje tutejszych dzienników, które mi pokazała i w których, jak się przekonałem, nie tylko krytycy wynosili pod niebiosa naszą artystkę, ale i zapisywali każde jej niemal słowo prywatnie do nich wyrzeczone.

— Ponieważ miasto nasze, lubo dopiero kilkudziesięciotysięczne — mówiła pani Little — leży prawie na drodze z San Francisco do New Yorku, a prócz tego stosunkowo jest może najbogatsze w Ameryce, widujemy tu więc wszystkie najznakomitsze artystki. Widziałyśmy Janauschek550, widziałyśmy Klarę Morris551, panią Bowers552, miss Eytinge553, ale takiej jak „Modjeska” nie widziałyśmy nigdy i nie będziemy. Co to za talent, co za słodycz, co za ladylike! („lady” — znaczy dama, a „like” — jak; razem wzięte: dystynkcja, maniery prawdziwej lady). Były to rzeczy dotąd nieznane na naszych scenach.

O, yes! — dodał pan Little, przerywając nagle rozmowę o businessie, jaką prowadził w kącie z Woothrupem — miałem szczęście oprowadzać „lady Modjeska” po naszych kopalniach.

— A czy nie dostałeś od niej parę dolarów za usługę? — spytał Woothrup.

Zaczerwieniwszy się po uszy, rzuciłem mu zabójcze spojrzenie, ale on, udając, że tego nie spostrzega, ciągnął spokojnie dalej: